PiS wygrywa na punkty

Prawo i Sprawiedliwość wychodzi zwycięsko z grudniowego kryzysu parlamentarnego. Opozycja znalazła się w najgłębszej defensywie od chwili przejęcia przez PiS władzy. Skłócona wewnętrznie, ze skompromitowanymi liderami będzie teraz długo leczyć odniesione rany. Próba postawienia PiS pod ścianą drogą blokady sali obrad Sejmu zakończyła się fiaskiem z dwóch głównych powodów.

Po pierwsze, podejmując decyzję o blokadzie w połowie grudnia, nikt z polityków opozycji nie zastanowił się, co właściwie będą przez ten czas próbowali Polakom przekazać. Zamiast przemyślanego przesłania, z precyzyjnie rozpisanymi rolami, otrzymaliśmy pokaz coraz bardziej żenujących występów, których filmowe świadectwa parlamentarzyści opozycji na własną zgubę zamieszczali w internecie. Kropkę na „i” postawili Ryszard Petru swą portugalską eskapadą oraz Grzegorz Schetyna bojkotowaniem spotkania z Jarosławem Kaczyńskim, którego sam wcześniej się domagał.

Drugim powodem porażki opozycji była jej niezdolność do zmobilizowania odpowiednio dużej liczby zwolenników, którzy manifestując pod Sejmem zmusiliby PiS do bardziej znaczących ustępstw niż tylko wycofanie się z ograniczenia obecności dziennikarzy w parlamencie. Ta niezdolność nie jest wyłącznie wynikiem słabej pracy aparatów partii opozycyjnych z  największą i najbogatszą PO na czele. Po prostu takie sprawy jak Trybunał Konstytucyjny, czy nawet zasady obecności dziennikarzy w parlamencie, nie są tematami, które poruszałyby emocje większości Polaków. W minionym roku pojawiły się natomiast dwa inne tematy, które spełniają ten warunek. Pierwszym była sprawa zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych, drugim likwidacja gimnazjów. W tym roku pojawią się kolejne, zwłaszcza jeśli PiS przystąpi do zmian w służbie zdrowia. I tu opozycja może upatrywać szansy na odbicie się od dna, na które sprowadzili ją jej obecni liderzy.

PiS wygrał tę rundę na punkty, ale jeśli jego politycy uznają, że znokautowali opozycję, to popełnią błąd w przededniu prawdziwych problemów jakie ich czekają w ciągu najbliższych trzech lat. Z każdym bowiem kwartałem serwowana nam nieustannie przez polityków tej partii i wspierających ich dziennikarzy opowieść o nieudolnych i skorumpowanych rządach PO-PSL będzie coraz nudniejsza, a oczekiwania na konkretne efekty „dobrej zmiany” wykraczające poza już skonsumowany program 500+ coraz większe. I na to oraz na kolejne odcinki „Ucha prezesa” Roberta Górskiego, który wydaje się dziś najbardziej skutecznymi sojusznikiem przeciwników PiS, pozostaje czekać politykom opozycji.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Warianty grudniowe

Wygląda na to, że po miesiącach poszukiwań antypisowska opozycja znalazła w końcu sposób na dotkliwe uderzenie w rządzącą większość. Będzie nią paraliż Sejmu. Jeśli bowiem przywódcy opozycji zrealizują swoją zapowiedź kontynuowania akcji blokowania sejmowej mównicy, to marszałek Kuchciński (czytaj: prezes Kaczyński) stanie przed wyborem jednego z dwóch wariantów:

a) usunięcia blokujących obrady posłów opozycji z sali z pomocą Straży Marszałkowskiej;

b) przeniesienia obrad pisowskiej większości do Sali Kolumnowej (tak jak to uczynił minionej nocy).

W obu przypadkach jednak nie da się takiego stanu przeciągać w nieskończoność. Władze PiS mogą oczywiście liczyć na zmęczenie posłów opozycji, których determinacja może z czasem osłabnąć, ale potrwa to długo, bo opozycja nie ma się już dokąd cofnąć. Dlatego wydaje mi się, że prezes Kaczyński ma teraz do wyboru dwa scenariusze:

1) umiarkowany, polegający na znalezieniu – przez mediatorów (tu zwłaszcza widzę rolę dla prezydenta Andrzeja Dudy) – jakiegoś kompromisu umożliwiającego wznowienie obrad Sejmu w jego dotychczasowym kształcie, zgodnym z wolą Polaków wyrażoną podczas wyborów w 2015 r.

2) radykalny, zakładający wykluczanie przez marszałka Kuchcińskiego z obrad kolejnych blokujących mównicę posłów, aż do osiągnięcia pułapu umożliwiającego PiS samodzielną zmianę konstytucji. W tej materii mamy już niechlubną tradycję – wystarczy wspomnieć okoliczności w jaki uchwalono w przedwojennym Sejmie konstytucję kwietniową.

Czy stoimy na krawędzi wojny domowej? Takie pytanie usłyszałem dziś już od kilku osób. Sądząc z wyjątkowo powściągliwego zachowania demonstrantów obu zwaśnionych stron, jakie mogliśmy obserwować podczas masowych manifestacji 11 listopada i 13 grudnia, a także dzisiejszych protestów, na razie do takiego scenariusza jest jeszcze daleko. Jeśli jednak zaczną się próby okupacji budynków publicznych, a policja przystąpi do usuwania uczestników takich akcji z użyciem siły, albo też dojdzie do typowych walk ulicznych, to zrobimy duży krok w tym właśnie kierunku.  Obawiam się, że po obu stronach politycznej barykady dominują dziś tacy, których taki rozwój wydarzeń wcale nie zmartwi.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Klio w okopach

Spotkanie na UW, 10.12.2016Polskie środowisko historyczne jest podzielone politycznie podobnie jak całe społeczeństwo i naiwnością byłoby oczekiwać, że będzie inaczej. Wypada jednak zauważyć, że w coraz gęstszej od emocji atmosferze naszego życia publicznego, skutecznie zatruwanej przez toksyczną część jej uczestników, zdarzają się wydarzenia, które odbieram jak powiew świeżego powietrza. Wczoraj jedną z najbardziej prestiżowych nagród przyznawanych w środowisku historycznym czyli Nagrodę im. Kazimierza Moczarskiego otrzymał prof. Andrzej Nowak za książkę  „Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 – zapomniany appeasement”. Nie byłoby w tym wydarzeniu nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że nagroda ta – przyznana po raz ósmy – kojarzona jest powszechnie ze środowiskiem skupionym wokół „Gazety Wyborczej”, która pozostaje głównym patronem medialnym tego wyróżnienia. A przecież konserwatywną wrażliwość historyczną prof. Nowaka oddzielają od postmodernistycznego liberalizmu królującego na łamach „GW” prawdziwe Himalaje. Okazuje się jednak, że nawet w warunkach trwającej wojny plemiennej można dostrzec i nagrodzić wybitne dzieło znakomitego autora z przeciwnego obozu.

Można też prowadzić ową plemienną wojnę w relatywnie cywilizowany sposób, czego doświadczyłem dzisiaj w pięknej sali kolumnowej Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Wspomniany prof. Nowak współprowadził tam wyjątkową debatę z udziałem ponad setki badaczy dziejów najnowszych. Oczywiście nie brakowało w niej głosów skrajnych, emocjonalnych i demagogicznych, ale w sumie obraz środowiska historycznego jaki się z niej wyłonił napawa umiarkowanym optymizmem. Nie będę tu streszczał wielogodzinnej debaty, której pełny zapis znajdzie się na stronie internetowej Polskiego Towarzystwa Historycznego, ale ograniczę się do kilku subiektywnych wniosków jakie z niej wyniosłem. Po pierwsze,  większość historyków dostrzega niebezpieczeństwo wiążące się z instrumentalnym wykorzystywaniem ich wiedzy przez polityków i media. Po drugie, wciąż jeszcze są w tym środowisku ludzie potrafiący oddzielić swe polityczne sympatie i antypatie od zawodowego warsztatu i rozumieją, że krucjaty ideologiczne są zabójcze dla rzetelnej historiografii. Po trzecie wreszcie, zdecydowanie przeważa w tym gronie pogląd, że zaprzęganie prawa karnego do rozstrzygania jakichkolwiek kwestii historycznych jest pomysłem z piekła rodem.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

PSL z wyrokiem śmierci

Władysław Kosiniak-Kamysz, który dziś bez trudu przedłużył swój mandat prezesa PSL jest obecnie najciekawszym politykiem opozycji na lewo od PiS. Podjął się zadania niemal beznadziejnego czyli ratowania PSL, mającego nie tylko bardzo zabagnioną hipotekę, ale i wyrok śmierci wydany na tę partię przez Jarosława Kaczyńskiego, który przed kilku dniami oświadczył, że teraz to PiS reprezentuje polską wieś oraz ponad stuletnią tradycję ruchu ludowego.

Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda dla Kosiniaka beznadziejnie, ale jeśli się pamięta w jakiej sytuacji znajdowali się Kaczyński i Tusk w 1999 r. to sprawa nie wydaje się już taka oczywista. Polityczne koło fortuny będzie się za sprawą stylu rządów PiS kręcić Polsce coraz szybciej, a Kosiniak ma zaledwie 35 lat. Z doktoratem z nauk medycznych uzyskanym na UJ oraz wizerunkiem dystyngowanego mecenasa niezbyt wprawdzie pasuje do roli lidera wiecznie niezadowolonych polskich chłopów, ale kto powiedział, że PSL jest skazany wyłącznie na rolników. Nie jest też jasne, czy wobec powszechnych na wsi narzekań na pisowską ustawę o ziemi, chłopi istotnie uznają Kaczyńskiego za reinkarnację Witosa i Mikołajczyka.

Jeśli zatem Kosiniakowi uda się utrzymać PSL między PiS-em i anty-PiS-em, o czym wyraźnie powiedział na dzisiejszym kongresie, a równocześnie przekonać do siebie i swojej partii 6-7 proc. wyborców, to może się stać w przyszłości człowiekiem, bez którego nie da się w kolejnym Sejmie powołać większościowego rządu. Świetnie zdaje się to rozumieć Jarosław Kaczyński i stąd wspomniany wyrok śmierci. Ale historia uczy, że tego rodzaju wyroki nie zawsze kończyły się egzekucją.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Deklaracja 11 listopada

W dniu Święta Niepodległości 11 listopada nie możemy zamykać oczu na rzeczywistość. Niepodległość naszego narodu i państwa jest zagrożona. Jest to związane z napiętą sytuacją międzynarodową, z odradzającym się i coraz bardziej agresywnym moskiewskim imperializmem. Ale nie tylko. Zagrożenia pochodzą również od wewnątrz. Siła Rzeczypospolitej zależy od aktywności jej obywateli. Spory i dyskusje są konieczne, aby cele państwa i interes narodowy były wciąż na nowo definiowane, lecz jeśli słychać tylko jeden głos albo zgiełk głosów, to zamiera opinia publiczna, a państwo pogrąża się w chaosie. Agresja i drwina zastępują argumenty.

Dzisiejsze podziały w naszym społeczeństwie i stan publicznej dyskusji zagrażają polskiej niepodległości. Debata jest zdezorganizowana tak dalece, że uniemożliwia to nie tylko porozumienie, ale nawet formułowanie czytelnych stanowisk. Stawiamy sobie za cel organizować współpracę społeczną i polityczną ponad istniejącymi podziałami, przeciwdziałać polaryzacji i skrajnościom stanowisk, odbudować szacunek dla odmiennych poglądów.

Zbliża się rok 2018 – stulecie odzyskania Drugiej Niepodległości. Chcemy budować z nowymi pokoleniami solidarność dla tej Trzeciej, której trzeba bronić przed zewnętrznymi i wewnętrznymi przeciwnikami. To żywotny interes Rzeczypospolitej i całej Wspólnoty Polskiej.

Kazimierz Wóycicki, Zbigniew Gluza, Czesław Bielecki,Andrzej Nowak, Antoni Libera, Adam Zamoyski, Bogusław Chrabota, Katarzyna Sadło, Mirosław Chojecki, Zbigniew Bujak, Marek Jurek, Kazimierz Ujazdowski, Andrzej Paczkowski, Edward Pietrzyk, Tomasz Mroczkowski, o. Maciej Zięba, Ludwik Dorn, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Wojciech Roszkowski, Antoni Dudek, Grzegorz Sroczyński, Mikołaj Karłowski, Janusz Okrzesik, Franciszek Adamczyk, Tomasz P. Terlikowski, Zbigniew Girzyński

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

Koło historii

okladka HIIIRP 89-16

Jedni odchodzą, inni przychodzą. Koło historii kręci się nieubłaganie. Kto chce na ten proces spojrzeć z pewnym dystansem, temu polecam nowe wydanie mojej „Historii politycznej Polski 1989-2015″, a zwłaszcza ostatni obszerny rozdział opisujący okres rządów koalicji PO-PSL i analizujący przyczyny zwycięstwa PiS. Na zachętę załączam krótki fragment poświęcony ubiegłorocznym wyborom prezydenckim. Dla ułatwienia lektury z poniższego tekstu usunięto przypisy.

***

W listopadzie 2014 r., na pół roku przed wyborami prezydenckimi, Bronisława Komorowskiego dobrze oceniało aż 76 proc. badanych, natomiast źle jedynie 14 proc.  W sondażach przeprowadzanych przez cztery następne miesiące, Komorowski dystansował wszystkich potencjalnych rywali w sposób tak wyraźny, że niektórzy obserwatorzy sceny politycznej całkiem poważnie zastanawiali się nawet, czy możliwe jest jego zwycięstwo już w pierwszej turze. Na początku stycznia 2015 r. redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik stwierdził w programie telewizyjnym Tomasza Lisa, że Komorowski mógłby przegrać wybory, gdyby „pijany przejechał na pasach zakonnicę w ciąży” . W miesiąc później Wiesław Władyka i Mariusz Janicki pisali na łamach sprzyjającego wyraźnie Komorowskiemu tygodnika „Polityka”, że „prawdopodobieństwo drugiej tury można więc określić w tym momencie na ok. 40 proc.” .

Problemy zaczęły się w trakcie wizyty prezydenta w Japonii, w lutym 2015 r. Odwiedzając siedzibę japońskiego parlamentu Komorowski postanowił sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie, by zaś lepiej na nim wypaść wszedł na krzesło przeznaczone dla spikera, a następnie zawołał do towarzyszącego mu szefa BBN gen. Stanisława Kozieja: „Chodź szogunie!”. Wywołało to lawinę negatywnych komentarzy, które spotęgowały jeszcze oświadczenia rzecznika MSZ Marcina Wojciechowskiego, że „wizyta przebiegała w całkowitej zgodzie z zasadami protokołu dyplomatycznego” oraz zapewnienia rzeczniczki Komorowskiego Joanny Trzaski-Wieczorek, że „prezydent wszedł na specjalny podest, a nie na krzesło” . Komorowski generalnie nie miał szczęścia do kraju kwitnącej wiśni, bowiem przy tej okazji przypomniano mu też potknięcie z marca 2011 r., gdy po tsunami w Japonii, złożył wpis do księgi kondolencyjnej w ambasadzie tego kraju w Warszawie, popełniając przy tym dwa błędy ortograficzne.

Incydent w Tokio kosztował Komorowskiego kilka procent poparcia, ale w badaniach z połowy marca gotowość oddania na niego głosu wciąż deklarowało 46 proc. badanych . Istotna jednak była wyraźna tendencja zniżkowa w poparciu dla prezydenta, którą zlekceważył początkowo zarówno sam kandydat, jak i jego sztab wyborczy, a właściwie dwa sztaby. Na czele pierwszego, oficjalnego stanął drugoplanowy polityk PO Robert Tyszkiewicz, który miał spore problemy ze zmobilizowaniem struktur Platformy do zaangażowania się w kampanię prezydenta. „Szybko się okazało – pisał Grzegorz Osiecki – że oficjalny sztab prezydenta jest zaledwie rodzajem biura planistycznego. Jego propozycje zatwierdzał bowiem drugi (nieoficjalny) ośrodek działający przy samym prezydencie. Wchodzili w jego skład współpracownicy Komorowskiego – Sławomir Rybicki, minister w kancelarii odpowiedzialny za kontakty z partiami politycznymi, Jerzy Smoliński, doradca ds. mediów, i Paweł Lisiewicz, szef gabinetu politycznego” . Nieporozumienia między obu sztabami potęgował generalny brak pomysłu na kampanię, którą Komorowski oficjalnie zapoczątkował podczas konwencji 7 marca. Ogłosił wówczas swoje hasło wyborcze: „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo”, które znakomicie oddawało jego polityczną ofertę, adresowaną do tych, którzy podzielali opinię, że Polska znajduje się w „złotym okresie”, a zakłócić go może przede wszystkim zwycięstwo PiS i jego kandydata na prezydenta, który rzeczywiście okazał się głównym przeciwnikiem Komorowskiego.

Tym ostatnim został w listopadzie 2014 r. mający wówczas 42 lata eurodeputowany PiS, prawnik Andrzej Duda. Jego kandydaturę wysunął osobiście Jarosław Kaczyński, zdający sobie sprawę, że sam z racji bardzo dużego negatywnego elektoratu nie będzie w stanie przeciwstawić się Komorowskiemu skuteczniej niż w 2010 r., kiedy pomagało mu w kampanii współczucie wielu wyborców związane z katastrofą smoleńską. Był to jednak wybór o tyle zaskakujący, że Duda nie należał do najbliższego otoczenia lidera PiS, miał natomiast za sobą przeszłość w Unii Wolności, w której stawiał pierwsze polityczne kroki. Później – za sprawą Zbigniewa Ziobro – trafił w roli podsekretarza stanu do Ministerstwa Sprawiedliwości, a następnie pracował na takim samym stanowisku w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jesienią 2010 r. wystartował w wyborach na prezydenta Krakowa, ale zajął w nich – uzyskując 22 proc. głosów – dopiero trzecie miejsce. Znacznie lepiej poszło mu w rok później gdy zdobył mandat poselski, a następnie podczas wyborów do PE w 2014 r.  Pierwsze wyniki sondaży były dla kandydata PiS mało zachęcające, a prezydent Komorowski zareagował na pojawienie się jego kandydatury lekceważącym zdaniem, że nie wie o którego Dudę chodzi, nawiązując w ten sposób do osoby przewodniczącego NSZZ „Solidarność” Piotra Dudy, który rzeczywiście w chwili ogłoszenia decyzji Kaczyńskiego był postacią bardziej rozpoznawalną od europosła PiS . Jak wynika z badań CBOS w grudniu 2014 r. aż dwie trzecie ankietowanych miało kłopoty identyfikacją Andrzeja Dudy.

Poczynając jednak od zorganizowanej 7 lutego 2015 r. z wielkim rozmachem konwencji wyborczej, notowania kandydata PiS systematycznie rosły. Duda, prowadzący kampanię pod hasłem „Przyszłość ma na imię Polska”, narzucił sobie niezwykle intensywne tempo, uczestnicząc w olbrzymiej liczbie spotkań na terenie całego kraju. Przystojny, elegancko ubrany, wygłaszał na nich dobrze przygotowane przemówienia w których krytykował Komorowskiego m.in. za to, że był „notariuszem rządu” i „zawsze tylko podpisywał te ustawy, które przyniesiono mu z Sejmu, które przeprowadzał rząd Donalda Tuska, a teraz przeprowadza rząd pani premier Kopacz”. Oceniał, że „prezydent nigdy nie powinien się godzić na podpisanie ustaw, które uderzają w całe społeczeństwo”. W tym kontekście zapowiedział wniesienie po zwycięstwie „ustawy przywracającej poprzedni wiek emerytalny” . W trakcie kampanii Duda złożył liczne obietnice, które już tradycyjnie wykraczały poza konstytucyjne kompetencje głowy państwa, deklarując m.in. wsparcie dla najbiedniejszych Polaków, rozwoju polskiego przemysłu i rolnictwa, a także rozwiązanie problemu tzw. frankowiczów, czyli ok. 700 tys. osób, które zaciągnęły kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich. Po silnym umocnieniu kursu tej waluty wobec złotówki, wielu z nich znalazło się w pułapce zadłużeniowej i zaczęło się domagać pomocy ze strony państwa. Komorowski krytykował wszystkie te propozycje jako przejawy populizmu, ale poza przeciwstawianiem „Polski radykalnej” (reprezentowanej przez Dudę innych prawicowych pretendentów) uosabianej przez siebie „Polsce racjonalnej” miał problemy z jasnym wskazaniem powodów dla których obywatele mieliby go wybrać na kolejną kadencję.

Bardzo sprawny okazał się też sztab wyborczy Dudy, kierowany przez posłankę PiS Beatę Szydło, w którym istotną rolę odgrywali też Joachim Brudziński, Marcin Mastalerek i Paweł Szefernaker. Ten ostatni, przewodniczący Forum Młodych PiS, czyli młodzieżówki tej partii, zorganizował grupę młodych ludzi, która zapewniła Dudzie wyraźną przewagę nad Komorowskim w Internecie. Urzędujący prezydent, starszy od konkurenta o pokolenie i otoczony w większości swoimi rówieśnikami, okazał się kompletnie bezradny w sieci, gdzie stał się ofiarą licznych memów przedstawiających go w roli kompromitującego Polskę nieudacznika, pozostającego w tajemniczej zależności od środowiska dawnych Wojskowych Służb Informacyjnych. Wprawdzie z badań domu mediowego MEC przeprowadzonych wiosną 2015 r. wynikało, że dla 70 proc. Polaków głównym źródłem informacji wciąż jeszcze pozostawała telewizja, której główne stacje (TVP, TVN, Polsat) sprzyjały mniej lub bardziej otwarcie Komorowskiemu, ale już na drugim miejscu z wynikiem 57 proc. plasował się Internet. W przypadku najmłodszych wyborców ten ostatni był już najważniejszy. Z analiz ruchu na Twitterze przeprowadzonym przez serwis Sotrender w maju 2015 r. wynikało, że jeden tweet Komorowskiego wywoływał 74, a Dudy ponad 3700 reakcji .

Komorowski, opierając się na badaniach z których miało wynikać, że może na niego zagłosować część zwolenników PiS starał się początkowo unikać negatywnej kampanii, ale potęgowało to tylko wrażenie jego pasywności na wiecach zakłócanych coraz częściej przez prawicowych radykałów, a co gorsza organizowanych w wielu przypadkach w dni powszednie w godzinach przedpołudniowych, co w naturalny sposób zmniejszało na nich frekwencję. Tymczasem sztab Dudy stale zaskakiwał gospodarza Belwederu, najpierw otwierając w Warszawie tzw. Muzeum Komorowskiego (przypominano w nim liczne gafy i potknięcia prezydenta), a następnie tzw. bronkomarket, gdzie z kolei wystawiono różne towary z ich cenami po ewentualnym wejściu polski do strefy euro. Był to celny cios, bowiem Komorowski w przeciwieństwie do Dudy dopuszczał możliwość wprowadzenia euro w nieodległej perspektywie, co – jak wynikało z badań – odrzucała z obawy przed wzrostem cen zdecydowana większość Polaków.

 Sztab Komorowskiego oraz politycy PO próbowali na to odpowiedzieć obciążając Dudę współodpowiedzialnością za aferę związaną z bankructwem kilku Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych (SKOK), których głównym twórcą był senator PiS Grzegorz Bierecki, przez wiele lat prezes Kasy Krajowej SKOK. Chodziło o rolę jaką odegrał Duda jesienią 2009 r., gdy był podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta i odpowiadał za przygotowanie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego, w którym Lech Kaczyński zaskarżył nowelizację ustawy o SKOK-ach, przewidującą m.in. objęcie ich kontrolą ze strony Komisji Nadzoru Finansowego. Wedle „Gazety Wyborczej”, która próbowała nagłośnić tę sprawę w końcu marca 2015 r., właśnie dzięki temu „Grzegorz Bierecki dostaje czas, by dokonać likwidacji w 2010 r. Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych [finansowanej przez SKOK-i – A.D.] i przekazać jej majątek. W efekcie w prywatnych rękach – w spółce Spółdzielczy Instytut Naukowy – znajdzie się majątek o wartości około 65 mln zł. Wśród założycieli SIN są m.in. bracia Biereccy i Adam Jedliński, jeden z ich głównych współpracowników” . Politycy PiS bronili swojego kandydata pokazując w różnych programach telewizyjnych zdjęcie Komorowskiego zrobione mu w otoczeniu dwóch ludzi ze SKOK-u Wołomin – największej z upadłych kas, której bankructwo kosztowało Bankowy Fundusz Gwarancyjny 2,2 mld złotych. Tymczasem za bankructwem SKOK Wołomin stał były oficer WSI, co – jak sugerowali politycy PiS – stawiało urzędującego prezydenta krytykującego ich likwidację w niewygodnym położeniu. Cała ta sprawa – będąca skądinąd rzeczywiście największą aferą bankową w dotychczasowych dziejach III RP – wydawała się jednak zbyt skomplikowana by wpłynąć w istotny sposób na zachowania wyborcze Polaków. Nie przeszkodziło to jednak kierownictwu PiS w uznaniu, że Bierecki stanowi pewne obciążenie dla tej partii i jej kandydata w wyborach prezydenckich, bowiem w marcu 2015 r. został on – oficjalnie na własną prośbę – zawieszony w prawach członka klubu parlamentarnego PiS, następnie wystartował w kolejnych wyborach do Senatu już jako kandydat niezależny.

„Początkowo oceniałem szanse Andrzeja Dudy na zwycięstwo na 10 proc. – mówił w pierwszym powyborczym komentarzu Jarosław Kaczyński. – Później oceniałem je na więcej. W momencie zbliżania się pierwszej tury było to już ok. 30 proc., a później już ponad 50 proc., że powinien wygrać” . Do pierwszej tury głosowania sondażowym faworytem pozostawał Komorowski, ale jego przewaga w ostatnich badaniach przeprowadzonych tuż przed wyborami stopniała do poziomu kilku procent. Jednak żaden z czterech prowadzących je ośrodków socjologicznych nie przewidział, że już w pierwszej turze Duda uzyska lepszy wynik od Komorowskiego.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Czy HGW zatopi PO?

Dzisiejsza decyzja Hanny Gronkiewicz-Waltz o pozbyciu się dwóch zastępców, wydaje się konsekwencją paniki jaka zapanowała w kierownictwie Platformy Obywatelskiej po ujawnieniu wierzchołka warszawskiej afery reprywatyzacyjnej. Dla każdego, kto przyglądał się temu co działo się w Warszawie wokół reprywatyzacji nie od kilkunastu dni, ale od kilkunastu lat otwarta była odpowiedź na jedno pytanie: kiedy bagno wykreowane przed laty przez tow. Bolesława Bieruta zatopi taplających się w nim ludzi i ich politycznych promotorów? Teraz już wiadomo, że ładunek wybuchowy pod bagnem został zdetonowany u progu tegorocznego jesiennego sezonu politycznego.

Zaskakujący jednak może się wydawać ośrodek, który to uczynił, czyli redakcja „Gazety Wyborczej”, przez dekadę żyjąca ze środowiskiem PO w swoistej symbiozie, której istotę stanowiła wspólna walka z PiS. Teraz najwyraźniej na ul. Czerskiej uznano, że PO nie ma już szans na odzyskanie władzy i pora ją zastąpić jakimś nowym tworem (np. lansowanym gorliwie na jej łamach KOD-em) i postanowiono przyspieszyć jak dotąd zaskakująco powolną agonię PO, a przy okazji zastawić pułapkę na PiS. Na czym ta pułapka polega? Na powstaniu kuszącej z punktu widzenia PiS możliwości ustanowienia rządowego komisarza w Warszawie i pozbycia się znienawidzonej HGW. Jaka tu korzyść dla „GW”?   Ano taka, że będzie można przez dłuższy czas pisać o rzeczonym komisarzu, nie mającym demokratycznej legitymacji, za to pracowicie obsadzającym magistrat pisowcami typu pana Misiewicza. I domagać się wcześniejszych wyborów prezydenta Warszawy, co wbrew pozorom stanowić będzie dla PiS spory problem nie tylko z uwagi na brak popularnego kandydata.

PO znalazła się na równi pochyłej, ale informacje o jej zgonie należy uznać za przedwczesne. Przyszłość tej partii zależeć będzie od tego czy i kiedy Grzegorz Schetyna wcieli w życie stare ludowe porzekadło (baba z wozu… itd.), spacyfikuje ostatecznie wewnętrzną opozycję, a następnie spróbuje powtórzyć manewr Jarosława Kaczyńskiego z 2015 r., czyli wysunie na czoło PO nowe twarze, sam zaś dyskretnie usunie się w cień czekając na poprawę koniunktury. Jeśli jednak pozostawi HGW na pokładzie Platformy, to musi się liczyć z tym, że będzie ona nabierać wody wraz z każdym kolejnym trupem wypadającym z reprywatyzacyjnej szafy.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Po Brexicie

„Stało się coś bardzo złego, nie złego, ale bardzo złego”. Tak Jarosław Kaczyński skomentował w opublikowanym dziś w „Rzeczpospolitej” wywiadzie wynik brytyjskiego referendum. Sądzę, że to zdanie powinno dać zwolennikom PiS dużo do myślenia, skoro ich niekwestionowany lider nie przedstawia Brexitu jako ozdrowieńczego wstrząsu.

„Zawsze pamiętam jak mi mawiał ojciec: co cię nie zabije to cię wzmocni” – skomentował z kolei to samo wydarzenie Donald Tusk, siląc się na urzędowy optymizm. Zakładam, że Tusk bardziej myślał o swojej osobistej karierze, niż o Unii Europejskiej, która w swej dotychczasowej postaci weszła w miniony czwartek w fazę agonii. Być może potrwa ona jeszcze tylko kilka miesięcy, a być może kilka lat, ale lawina już ruszyła. I to z kolei powinno dać do myślenia tym zwolennikom antypisowskiej opozycji, którzy jeszcze wierzą, że Bruksela rozwiąże jakiekolwiek wewnątrzpolskie problemy z tym dotyczącym Trybunału Konstytucyjnego na czele.

Zgodnie z oczekiwaniami, Niemcy jako pierwsi pokazali swoją pobrexitową ofertę. Jest nią jeszcze ściślejsza integracja pod  przewodem Berlina sześciu państw-założycieli EWG, do którego (być może) ktoś jeszcze zostanie przyjęty. Z całą pewnością nie będzie to jednak Polska i nie ma sensu nad tym lamentować. Na naszych oczach Europa dwóch, a może nawet trzech prędkości, staje się faktem. Nie musi to oznaczać powrotu do stanu rzeczy znanego nam z okresu międzywojennego. Nie tylko dlatego, że historia z zasady się nie powtarza i wciąż jeszcze na szczęście istnieje NATO. Także i dlatego, że bilans gospodarczy minionego ćwierćwiecza jasno pokazał, ze wspólny rynek ma znacznie więcej korzyści niż wad.

Teraz przed Polską stanie konieczność wynegocjowania relacji z mającą powstać francusko-niemiecką federacją, od której nasza gospodarka jest bardzo głęboko uzależniona. Będzie to proces bolesny i kosztowny, ale niepodległość zawsze kosztuje, a przy naszym położeniu geopolitycznym kosztuje podwójnie. O spokojnym przejadaniu unijnych dotacji przez kolejną dekadę możemy już zapomnieć, podobnie jak o narzekaniu na brukselską biurokrację. Już wkrótce zobaczymy jak wygląda polityka europejska bez tworzonej przez dekady fasady politycznej poprawności. Nie będzie to niestety przyjemny widok. I dlatego prezes Kaczyński ma rację: stało się coś bardzo złego.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Brexit jest zły dla Polski

Za niespełna miesiąc, 23 czerwca, miliony obywateli Wielkiej Brytanii rozstrzygną czy ich kraj pozostanie członkiem Unii Europejskiej. Jest to w moim przekonaniu najważniejsze wydarzenie w całej dotychczasowej historii UE. Wydarzenie, które – jeśli dojdzie do Brexitu – może uruchomić reakcję łańcuchową na końcu której nastąpi rozpad (otwarty lub zakamuflowany) organizmu, który mimo licznych wad, dobrze służy zarówno Polsce, jak i całej Europie. UE potrzebuje zmian, ale ci, którzy wierzą, że Brexit będzie uzdrawiającym wstrząsem zdają się nie dostrzegać olbrzymiego ryzyka związanego precedensem jaki stworzy to wydarzenie.

W interesie geopolitycznym Polski leży aby Wielka Brytania pozostała w UE. Nie tylko dlatego, że odejście Anglików zmniejszy unijny budżet, którego jesteśmy głównym beneficjentem. Jeszcze ważniejsze jest to, że brytyjska wizja UE – zakładająca m.in. redukcję brukselskiej  biurokracji oraz zwiększenie roli parlamentów krajowych –  jest realistyczna i stanowi dobrą alternatywę dla utopijnej wizji Stanów Zjednoczonych Europy. Jeśli Wielka Brytania pozostanie w Unii pozostanie naturalnym liderem dla tych państw, które są sceptyczne wobec pogłębiania integracji za wszelką cenę, co od lat forsują dominujący w Unii Niemcy i Francuzi. Bez Anglików ta dominacja jeszcze się zwiększy.

Nie wolno też zapominać, że po Brexicie pogorszeniu ulegnie położenie setek tysięcy Polaków przebywających tam w celach zarobkowych.

Badania opinii publicznej przeprowadzane w Wielkiej Brytanii wskazują, że wynik referendum zostanie przesądzony niewielką liczbą głosów. Prawdopodobnie o Brexicie, a tym samym o przyszłości całej UE, przesądzą głosy kilkuset, a może nawet kilkudziesięciu tysięcy obywateli.  Tymczasem w Wielkiej Brytanii jest znacznie więcej obywateli, którzy są Polakami lub przynajmniej mają polskie korzenie.  To dzieci i wnuki Polaków z wojennej emigracji, a także uciekinierzy z PRL-u oraz ludzie, którzy osiedlili się tam już po upadku rządów komunistycznych w Polsce. Ich głosy mogą przeważyć! Dlatego dziwi mnie, dlaczego prezydent Andrzej Duda, premier Beata Szydło czy prezes Jarosław Kaczyński nie apelują do nich o to, by głosowali przeciwko Brexitowi. Jeszcze bardziej dziwi mnie, dlaczego głosu w tej sprawie nie zabierają pokładający tak wielkie nadzieje we władzach UE przywódcy opozycji: Grzegorz Schetyna, Mateusz Kijowski, Ryszard Petru czy Władysław Kosiniak-Kamysz.

Czy naprawdę po obu stronach dzielącej Polskę barykady nie widać tego, że geopolityczna przyszłość naszego kraju zależy w znacznie większym stopniu od brytyjskiego referendum niż od sporu o Trybunał Konstytucyjny?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

90. rocznica zamachu majowego

Kiedy 12 maja 1926 r., na warszawskim moście Poniatowskiego, doszło do słynnego spotkania między Józefem Piłsudskim i prezydentem Stanisławem Wojciechowskim, młoda polska demokracja miała jeszcze cień szansy na przetrwanie. Gdy okazało się, że Wojciechowski – stary druh Piłsudskiego z czasów walki z caratem w szeregach PPS – nie ugnie się przed zbuntowanym marszałkiem, a stojący na moście żołnierze są wierniejsi przysiędze niż urokowi Komendanta, ten wpadł w depresję i przez kilka następnych godzin oddawał się wspominaniu czasów legionowych w koszarach na Pradze. Gdyby wówczas wrócił do Sulejówka, uznając, że demonstracja, którą przeprowadził wystarczy do obalenia powstałego kilka dni wcześniej rządu Wincentego Witosa, demokracja mogłaby ocaleć. Kilka miesięcy wcześniej, w listopadzie 1925 r., tak się właśnie zachował, odprawiając w Sulejówku z kwitkiem kilkuset przybyłych tam oficerów, którzy – ustami gen. Gustawa Orlicz-Dreszera – ofiarowali mu swe „pewne, w zwycięstwach zaprawione szable”. Jednak w maju 1926 r. Piłsudski najwyraźniej obawiał się, że namawiający go od dawna do położenia kresu sejmokracji oficerowie, stracą w końcu wiarę w zdecydowanie swojego Komendanta.

            W czasie, gdy w praskich koszarach Piłsudski pogrążył się w rozmyślaniach, dowództwo nad zbuntowanymi oddziałami przejął gen. Dreszer, który wykorzystując ich dwukrotną przewagę liczebną na siłami rządowymi (12 do 6 tys. żołnierzy) nakazał atak. W Warszawie rozpoczęły się trwające dwa dni bratobójcze walki, w trakcie których zginęło 379 ludzi, z czego prawie połowę stanowili cywile. Piłsudski, który w przeciwieństwie do Dreszera był politykiem, miał się nad czym zastanawiać. Kiedy bowiem prezydent odmówił uznania wojskowej demonstracji Piłsudskiego i zażądał „dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej”, stało się jasne, że marszałek musi się cofnąć lub podążyć drogą walki zbrojnej z legalnymi władzami RP, której finał był 12 maja niemożliwy do przewidzenia. Walki skończyły się po dwóch dniach, ale tylko dlatego, że u prezydenta Wojciechowskiego i premiera Witosa zwyciężyło poczucie odpowiedzialności za Polskę, której dwa dni wcześniej zabrakło Piłsudskiemu. Po stronie tego ostatniego opowiedziała się większość armii, ale gdyby prezydent oraz ministrowie posłuchali rady dowodzących oddziałami rządowymi generałów, z Tadeuszem Rozwadowskim na czele, i przenieśli się do Poznania, gdzie stacjonowały pułki niechętne Piłsudskiemu, wówczas zrealizowałby się scenariusz długotrwałej wojny domowej. Wojny, której konsekwencją mógł być rozpad państwa, z trudem zlepionego przed zaledwie kilku laty z trzech bardzo różnych obszarów.

            Polska miała szczęście, że na czele władz II RP, którym Piłsudski rzucił wyzwanie, stał właśnie Wojciechowski. Człowiek umiarkowany, a zarazem dobrze rozumiejący, czym grozi przedłużanie walk między żołnierzami tej samej armii. „Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety” – miał powiedzieć rezygnując z urzędu prezydenta. Jego dymisja zapoczątkowała trwający przez cztery następne lata proces stopniowej likwidacji demokracji i ograniczania swobód obywatelskich, którego symbolicznym podsumowaniem stało się uwięzienie w 1930 r., w twierdzy brzeskiej, przywódców antysanacyjnej opozycji z Witosem na czele. Dyktatura sanacyjna – nawet w swej rozwiniętej postaci, symbolizowanej przez utworzony w 1934 r. dla przeciwników politycznych obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej – należała do najłagodniejszych reżimów w ówczesnej, w większości autorytarnej bądź totalitarnej Europie. Czy jednak rządy Piłsudskiego zapewniły Polsce osiągnięcia, dla których warto było poświęcić w maju 1926 r. życie kilkuset ludzi i zaryzykować możliwość rozpadu państwa?

            Często podnoszony jest argument, że zagrożenie Polski przez dwóch potężnych i agresywnych sąsiadów wymagało ustanowienia autorytarnego systemu władzy. Tyle tylko, że nasz kraj nie miał szans na przeciwstawienie się równoczesnej agresji Niemiec i ZSRR bez względu na panujący w nim system rządów. Pokazał to w sposób bezlitosny wrzesień 1939 r. Jednak anachroniczne poglądy Piłsudskiego na tematy militarne, z którymi nikt w wojsku nie śmiał po przewrocie majowym polemizować, zaowocowały słabym wyposażeniem naszej armii w czołgi i samoloty. Mając ich więcej, równoczesnej wojny z III Rzeszą i ZSRR też oczywiście nie wygralibyśmy, ale istniała szansa zadania wrogom znacznie dotkliwszych strat.

            Przejmując władzę, Piłsudski i jego ludzie poddali niezwykle ostrej, ale na ogół trafnej krytyce niewydolny system rządów oparty na konstytucji marcowej. Jednak ich zapowiedzi sanacji życia publicznego, ograniczyły się do kilku procesów głośnych aferzystów, których miejsce na salonach władzy szybko zajęli inni, złośliwie nazywani czwartą brygadą. Finansowanie przez  ministra skarbu Gabriela Czechowicza kampanii wyborczej piłsudczykowskiego BBWR z budżetu państwa, czy też brutalne pobicia krytyków marszałka (o tajemniczym zniknięciu jego osobistego wroga gen. Włodzimierza Zagórskiego już nie wspominając), trudno uznać za przejaw odrodzenia moralnego. Porażką okazał się nawet sposób, w jaki doprowadzono do uchwalenia konstytucji kwietniowej, skądinąd bardziej udanej niż jej poprzedniczka. Przyznał to zresztą sam Piłsudski, nakazując przetrzymywanie przez rok w Senacie projektu konstytucji, uchwalonego w Sejmie w styczniu 1934 r. przy pomocy naruszającego prawo fortelu.

            Dyktatura Piłsudskiego nie rozwiązała żadnego z wielkich problemów II RP. Wprawdzie w przypadku polityki wobec mniejszości narodowych, strategia obozu sanacyjnego była dla Rzeczpospolitej korzystniejsza od asymilacyjnych pomysłów endecji, ale sanatorom nie udało się przekonać do Polski większości Ukraińców, ani też powstrzymać narastającej w latach 30. fali antysemityzmu. Mimo kontynuowania zapoczątkowanej przed przewrotem majowym reformy rolnej, jej tempo wyraźnie spadło i nie doprowadziła ona do znaczącego zaspokojenia chłopskiego głodu ziemi. Piłsudski, zapytany o ten problem, odpowiadał lekceważąco: „Ach, nasz chłop cierpliwy (…) reforma rolna to rzecz nieważna, to rzecz bez znaczenia, może długo czekać”. Co gorsza polityka gospodarcza piłsudczyków stawała się coraz bardziej etatystyczna, a zbudowany ogromnym wysiłkiem budżetu państwa Centralny Okręg Przemysłowy nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

            Nie ma naturalnie żadnych gwarancji, że którykolwiek z problemów udałoby się rozwiązać, gdyby w II RP demokracja przetrwała do końca jej dni. Nie da się jednak również udowodnić tezy przeciwnej, że oparty na konstytucji marcowej system polityczny był skazany na nieuchronną degenerację, a Polska na sejmową anarchię. W okresie poprzedzającym przewrót majowy, coraz więcej polityków zdawało sobie sprawę, że zmiany wymaga system wyborczy oparty na zasadzie bezprogowej proporcjonalności, który prowadził do atomizacji parlamentu. W kwietniu 1926 r. kilka ugrupowań centroprawicy, które utworzyły następnie rząd Witosa, zgłosiło projekt zmiany konstytucji, przyznający prezydentowi prawo samodzielnego rozwiązywania parlamentu. Był to wyraźny krok w kierunku wzmocnienia władzy wykonawczej, jednak przy zachowaniu systemu parlamentarno-gabinetowego.

            Obrońcy przewrotu majowego często sugerują, że zapobiegł on zamachowi stanu ze strony endecji. W obozie narodowym, zapatrzonym w przykład Benito Mussoliniego, rzeczywiście narastały dążenia do ustanowienia katolickiego państwa narodu polskiego drogą dyktatury, czemu służyć miał paramilitarny Obóz Wielkiej Polski, utworzony wszakże w grudniu 1926 r., a zatem w pół roku po przejęciu władzy przez Piłsudskiego. Gdyby to jednak nie nastąpiło, to zwolennicy tezy o nieuchronności puczu nacjonalistów powinni się zastanowić, czy liczący w szczytowym momencie swego rozwoju 25 tys. członków OWP, rzeczywiście był w stanie zrobić coś wbrew woli liczącego ponad dziesięć razy więcej żołnierzy Wojska Polskiego. W tym ostatnim zaś – co w jaskrawy sposób pokazały dni przewrotu majowego – zwolennicy Piłsudskiego zdecydowanie przeważali nad stronnikami Romana Dmowskiego.

Marszałek Piłsudski jest dziś w Polsce patronem szkół, jego imieniem nazywane są ulice, ma też pokaźną liczbę pomników. Należą mu się za to wszystko, co zrobił dla odzyskania przez nasz kraj niepodległości oraz jej obronę podczas wojny polsko-bolszewickiej. To były jego zwycięstwa. Przewrót majowy i to, co po nim nastąpiło, stanowiło jednak w większym stopniu porażkę niż sukces – zarówno samego Piłsudskiego, jak i Polski.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy