PSL z wyrokiem śmierci

Władysław Kosiniak-Kamysz, który dziś bez trudu przedłużył swój mandat prezesa PSL jest obecnie najciekawszym politykiem opozycji na lewo od PiS. Podjął się zadania niemal beznadziejnego czyli ratowania PSL, mającego nie tylko bardzo zabagnioną hipotekę, ale i wyrok śmierci wydany na tę partię przez Jarosława Kaczyńskiego, który przed kilku dniami oświadczył, że teraz to PiS reprezentuje polską wieś oraz ponad stuletnią tradycję ruchu ludowego.

Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda dla Kosiniaka beznadziejnie, ale jeśli się pamięta w jakiej sytuacji znajdowali się Kaczyński i Tusk w 1999 r. to sprawa nie wydaje się już taka oczywista. Polityczne koło fortuny będzie się za sprawą stylu rządów PiS kręcić Polsce coraz szybciej, a Kosiniak ma zaledwie 35 lat. Z doktoratem z nauk medycznych uzyskanym na UJ oraz wizerunkiem dystyngowanego mecenasa niezbyt wprawdzie pasuje do roli lidera wiecznie niezadowolonych polskich chłopów, ale kto powiedział, że PSL jest skazany wyłącznie na rolników. Nie jest też jasne, czy wobec powszechnych na wsi narzekań na pisowską ustawę o ziemi, chłopi istotnie uznają Kaczyńskiego za reinkarnację Witosa i Mikołajczyka.

Jeśli zatem Kosiniakowi uda się utrzymać PSL między PiS-em i anty-PiS-em, o czym wyraźnie powiedział na dzisiejszym kongresie, a równocześnie przekonać do siebie i swojej partii 6-7 proc. wyborców, to może się stać w przyszłości człowiekiem, bez którego nie da się w kolejnym Sejmie powołać większościowego rządu. Świetnie zdaje się to rozumieć Jarosław Kaczyński i stąd wspomniany wyrok śmierci. Ale historia uczy, że tego rodzaju wyroki nie zawsze kończyły się egzekucją.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Deklaracja 11 listopada

W dniu Święta Niepodległości 11 listopada nie możemy zamykać oczu na rzeczywistość. Niepodległość naszego narodu i państwa jest zagrożona. Jest to związane z napiętą sytuacją międzynarodową, z odradzającym się i coraz bardziej agresywnym moskiewskim imperializmem. Ale nie tylko. Zagrożenia pochodzą również od wewnątrz. Siła Rzeczypospolitej zależy od aktywności jej obywateli. Spory i dyskusje są konieczne, aby cele państwa i interes narodowy były wciąż na nowo definiowane, lecz jeśli słychać tylko jeden głos albo zgiełk głosów, to zamiera opinia publiczna, a państwo pogrąża się w chaosie. Agresja i drwina zastępują argumenty.

Dzisiejsze podziały w naszym społeczeństwie i stan publicznej dyskusji zagrażają polskiej niepodległości. Debata jest zdezorganizowana tak dalece, że uniemożliwia to nie tylko porozumienie, ale nawet formułowanie czytelnych stanowisk. Stawiamy sobie za cel organizować współpracę społeczną i polityczną ponad istniejącymi podziałami, przeciwdziałać polaryzacji i skrajnościom stanowisk, odbudować szacunek dla odmiennych poglądów.

Zbliża się rok 2018 – stulecie odzyskania Drugiej Niepodległości. Chcemy budować z nowymi pokoleniami solidarność dla tej Trzeciej, której trzeba bronić przed zewnętrznymi i wewnętrznymi przeciwnikami. To żywotny interes Rzeczypospolitej i całej Wspólnoty Polskiej.

Kazimierz Wóycicki, Zbigniew Gluza, Czesław Bielecki,Andrzej Nowak, Antoni Libera, Adam Zamoyski, Bogusław Chrabota, Katarzyna Sadło, Mirosław Chojecki, Zbigniew Bujak, Marek Jurek, Kazimierz Ujazdowski, Andrzej Paczkowski, Edward Pietrzyk, Tomasz Mroczkowski, o. Maciej Zięba, Ludwik Dorn, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Wojciech Roszkowski, Antoni Dudek, Grzegorz Sroczyński, Mikołaj Karłowski, Janusz Okrzesik, Franciszek Adamczyk, Tomasz P. Terlikowski, Zbigniew Girzyński

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

Koło historii

okladka HIIIRP 89-16

Jedni odchodzą, inni przychodzą. Koło historii kręci się nieubłaganie. Kto chce na ten proces spojrzeć z pewnym dystansem, temu polecam nowe wydanie mojej „Historii politycznej Polski 1989-2015″, a zwłaszcza ostatni obszerny rozdział opisujący okres rządów koalicji PO-PSL i analizujący przyczyny zwycięstwa PiS. Na zachętę załączam krótki fragment poświęcony ubiegłorocznym wyborom prezydenckim. Dla ułatwienia lektury z poniższego tekstu usunięto przypisy.

***

W listopadzie 2014 r., na pół roku przed wyborami prezydenckimi, Bronisława Komorowskiego dobrze oceniało aż 76 proc. badanych, natomiast źle jedynie 14 proc.  W sondażach przeprowadzanych przez cztery następne miesiące, Komorowski dystansował wszystkich potencjalnych rywali w sposób tak wyraźny, że niektórzy obserwatorzy sceny politycznej całkiem poważnie zastanawiali się nawet, czy możliwe jest jego zwycięstwo już w pierwszej turze. Na początku stycznia 2015 r. redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik stwierdził w programie telewizyjnym Tomasza Lisa, że Komorowski mógłby przegrać wybory, gdyby „pijany przejechał na pasach zakonnicę w ciąży” . W miesiąc później Wiesław Władyka i Mariusz Janicki pisali na łamach sprzyjającego wyraźnie Komorowskiemu tygodnika „Polityka”, że „prawdopodobieństwo drugiej tury można więc określić w tym momencie na ok. 40 proc.” .

Problemy zaczęły się w trakcie wizyty prezydenta w Japonii, w lutym 2015 r. Odwiedzając siedzibę japońskiego parlamentu Komorowski postanowił sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie, by zaś lepiej na nim wypaść wszedł na krzesło przeznaczone dla spikera, a następnie zawołał do towarzyszącego mu szefa BBN gen. Stanisława Kozieja: „Chodź szogunie!”. Wywołało to lawinę negatywnych komentarzy, które spotęgowały jeszcze oświadczenia rzecznika MSZ Marcina Wojciechowskiego, że „wizyta przebiegała w całkowitej zgodzie z zasadami protokołu dyplomatycznego” oraz zapewnienia rzeczniczki Komorowskiego Joanny Trzaski-Wieczorek, że „prezydent wszedł na specjalny podest, a nie na krzesło” . Komorowski generalnie nie miał szczęścia do kraju kwitnącej wiśni, bowiem przy tej okazji przypomniano mu też potknięcie z marca 2011 r., gdy po tsunami w Japonii, złożył wpis do księgi kondolencyjnej w ambasadzie tego kraju w Warszawie, popełniając przy tym dwa błędy ortograficzne.

Incydent w Tokio kosztował Komorowskiego kilka procent poparcia, ale w badaniach z połowy marca gotowość oddania na niego głosu wciąż deklarowało 46 proc. badanych . Istotna jednak była wyraźna tendencja zniżkowa w poparciu dla prezydenta, którą zlekceważył początkowo zarówno sam kandydat, jak i jego sztab wyborczy, a właściwie dwa sztaby. Na czele pierwszego, oficjalnego stanął drugoplanowy polityk PO Robert Tyszkiewicz, który miał spore problemy ze zmobilizowaniem struktur Platformy do zaangażowania się w kampanię prezydenta. „Szybko się okazało – pisał Grzegorz Osiecki – że oficjalny sztab prezydenta jest zaledwie rodzajem biura planistycznego. Jego propozycje zatwierdzał bowiem drugi (nieoficjalny) ośrodek działający przy samym prezydencie. Wchodzili w jego skład współpracownicy Komorowskiego – Sławomir Rybicki, minister w kancelarii odpowiedzialny za kontakty z partiami politycznymi, Jerzy Smoliński, doradca ds. mediów, i Paweł Lisiewicz, szef gabinetu politycznego” . Nieporozumienia między obu sztabami potęgował generalny brak pomysłu na kampanię, którą Komorowski oficjalnie zapoczątkował podczas konwencji 7 marca. Ogłosił wówczas swoje hasło wyborcze: „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo”, które znakomicie oddawało jego polityczną ofertę, adresowaną do tych, którzy podzielali opinię, że Polska znajduje się w „złotym okresie”, a zakłócić go może przede wszystkim zwycięstwo PiS i jego kandydata na prezydenta, który rzeczywiście okazał się głównym przeciwnikiem Komorowskiego.

Tym ostatnim został w listopadzie 2014 r. mający wówczas 42 lata eurodeputowany PiS, prawnik Andrzej Duda. Jego kandydaturę wysunął osobiście Jarosław Kaczyński, zdający sobie sprawę, że sam z racji bardzo dużego negatywnego elektoratu nie będzie w stanie przeciwstawić się Komorowskiemu skuteczniej niż w 2010 r., kiedy pomagało mu w kampanii współczucie wielu wyborców związane z katastrofą smoleńską. Był to jednak wybór o tyle zaskakujący, że Duda nie należał do najbliższego otoczenia lidera PiS, miał natomiast za sobą przeszłość w Unii Wolności, w której stawiał pierwsze polityczne kroki. Później – za sprawą Zbigniewa Ziobro – trafił w roli podsekretarza stanu do Ministerstwa Sprawiedliwości, a następnie pracował na takim samym stanowisku w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jesienią 2010 r. wystartował w wyborach na prezydenta Krakowa, ale zajął w nich – uzyskując 22 proc. głosów – dopiero trzecie miejsce. Znacznie lepiej poszło mu w rok później gdy zdobył mandat poselski, a następnie podczas wyborów do PE w 2014 r.  Pierwsze wyniki sondaży były dla kandydata PiS mało zachęcające, a prezydent Komorowski zareagował na pojawienie się jego kandydatury lekceważącym zdaniem, że nie wie o którego Dudę chodzi, nawiązując w ten sposób do osoby przewodniczącego NSZZ „Solidarność” Piotra Dudy, który rzeczywiście w chwili ogłoszenia decyzji Kaczyńskiego był postacią bardziej rozpoznawalną od europosła PiS . Jak wynika z badań CBOS w grudniu 2014 r. aż dwie trzecie ankietowanych miało kłopoty identyfikacją Andrzeja Dudy.

Poczynając jednak od zorganizowanej 7 lutego 2015 r. z wielkim rozmachem konwencji wyborczej, notowania kandydata PiS systematycznie rosły. Duda, prowadzący kampanię pod hasłem „Przyszłość ma na imię Polska”, narzucił sobie niezwykle intensywne tempo, uczestnicząc w olbrzymiej liczbie spotkań na terenie całego kraju. Przystojny, elegancko ubrany, wygłaszał na nich dobrze przygotowane przemówienia w których krytykował Komorowskiego m.in. za to, że był „notariuszem rządu” i „zawsze tylko podpisywał te ustawy, które przyniesiono mu z Sejmu, które przeprowadzał rząd Donalda Tuska, a teraz przeprowadza rząd pani premier Kopacz”. Oceniał, że „prezydent nigdy nie powinien się godzić na podpisanie ustaw, które uderzają w całe społeczeństwo”. W tym kontekście zapowiedział wniesienie po zwycięstwie „ustawy przywracającej poprzedni wiek emerytalny” . W trakcie kampanii Duda złożył liczne obietnice, które już tradycyjnie wykraczały poza konstytucyjne kompetencje głowy państwa, deklarując m.in. wsparcie dla najbiedniejszych Polaków, rozwoju polskiego przemysłu i rolnictwa, a także rozwiązanie problemu tzw. frankowiczów, czyli ok. 700 tys. osób, które zaciągnęły kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich. Po silnym umocnieniu kursu tej waluty wobec złotówki, wielu z nich znalazło się w pułapce zadłużeniowej i zaczęło się domagać pomocy ze strony państwa. Komorowski krytykował wszystkie te propozycje jako przejawy populizmu, ale poza przeciwstawianiem „Polski radykalnej” (reprezentowanej przez Dudę innych prawicowych pretendentów) uosabianej przez siebie „Polsce racjonalnej” miał problemy z jasnym wskazaniem powodów dla których obywatele mieliby go wybrać na kolejną kadencję.

Bardzo sprawny okazał się też sztab wyborczy Dudy, kierowany przez posłankę PiS Beatę Szydło, w którym istotną rolę odgrywali też Joachim Brudziński, Marcin Mastalerek i Paweł Szefernaker. Ten ostatni, przewodniczący Forum Młodych PiS, czyli młodzieżówki tej partii, zorganizował grupę młodych ludzi, która zapewniła Dudzie wyraźną przewagę nad Komorowskim w Internecie. Urzędujący prezydent, starszy od konkurenta o pokolenie i otoczony w większości swoimi rówieśnikami, okazał się kompletnie bezradny w sieci, gdzie stał się ofiarą licznych memów przedstawiających go w roli kompromitującego Polskę nieudacznika, pozostającego w tajemniczej zależności od środowiska dawnych Wojskowych Służb Informacyjnych. Wprawdzie z badań domu mediowego MEC przeprowadzonych wiosną 2015 r. wynikało, że dla 70 proc. Polaków głównym źródłem informacji wciąż jeszcze pozostawała telewizja, której główne stacje (TVP, TVN, Polsat) sprzyjały mniej lub bardziej otwarcie Komorowskiemu, ale już na drugim miejscu z wynikiem 57 proc. plasował się Internet. W przypadku najmłodszych wyborców ten ostatni był już najważniejszy. Z analiz ruchu na Twitterze przeprowadzonym przez serwis Sotrender w maju 2015 r. wynikało, że jeden tweet Komorowskiego wywoływał 74, a Dudy ponad 3700 reakcji .

Komorowski, opierając się na badaniach z których miało wynikać, że może na niego zagłosować część zwolenników PiS starał się początkowo unikać negatywnej kampanii, ale potęgowało to tylko wrażenie jego pasywności na wiecach zakłócanych coraz częściej przez prawicowych radykałów, a co gorsza organizowanych w wielu przypadkach w dni powszednie w godzinach przedpołudniowych, co w naturalny sposób zmniejszało na nich frekwencję. Tymczasem sztab Dudy stale zaskakiwał gospodarza Belwederu, najpierw otwierając w Warszawie tzw. Muzeum Komorowskiego (przypominano w nim liczne gafy i potknięcia prezydenta), a następnie tzw. bronkomarket, gdzie z kolei wystawiono różne towary z ich cenami po ewentualnym wejściu polski do strefy euro. Był to celny cios, bowiem Komorowski w przeciwieństwie do Dudy dopuszczał możliwość wprowadzenia euro w nieodległej perspektywie, co – jak wynikało z badań – odrzucała z obawy przed wzrostem cen zdecydowana większość Polaków.

 Sztab Komorowskiego oraz politycy PO próbowali na to odpowiedzieć obciążając Dudę współodpowiedzialnością za aferę związaną z bankructwem kilku Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych (SKOK), których głównym twórcą był senator PiS Grzegorz Bierecki, przez wiele lat prezes Kasy Krajowej SKOK. Chodziło o rolę jaką odegrał Duda jesienią 2009 r., gdy był podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta i odpowiadał za przygotowanie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego, w którym Lech Kaczyński zaskarżył nowelizację ustawy o SKOK-ach, przewidującą m.in. objęcie ich kontrolą ze strony Komisji Nadzoru Finansowego. Wedle „Gazety Wyborczej”, która próbowała nagłośnić tę sprawę w końcu marca 2015 r., właśnie dzięki temu „Grzegorz Bierecki dostaje czas, by dokonać likwidacji w 2010 r. Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych [finansowanej przez SKOK-i – A.D.] i przekazać jej majątek. W efekcie w prywatnych rękach – w spółce Spółdzielczy Instytut Naukowy – znajdzie się majątek o wartości około 65 mln zł. Wśród założycieli SIN są m.in. bracia Biereccy i Adam Jedliński, jeden z ich głównych współpracowników” . Politycy PiS bronili swojego kandydata pokazując w różnych programach telewizyjnych zdjęcie Komorowskiego zrobione mu w otoczeniu dwóch ludzi ze SKOK-u Wołomin – największej z upadłych kas, której bankructwo kosztowało Bankowy Fundusz Gwarancyjny 2,2 mld złotych. Tymczasem za bankructwem SKOK Wołomin stał były oficer WSI, co – jak sugerowali politycy PiS – stawiało urzędującego prezydenta krytykującego ich likwidację w niewygodnym położeniu. Cała ta sprawa – będąca skądinąd rzeczywiście największą aferą bankową w dotychczasowych dziejach III RP – wydawała się jednak zbyt skomplikowana by wpłynąć w istotny sposób na zachowania wyborcze Polaków. Nie przeszkodziło to jednak kierownictwu PiS w uznaniu, że Bierecki stanowi pewne obciążenie dla tej partii i jej kandydata w wyborach prezydenckich, bowiem w marcu 2015 r. został on – oficjalnie na własną prośbę – zawieszony w prawach członka klubu parlamentarnego PiS, następnie wystartował w kolejnych wyborach do Senatu już jako kandydat niezależny.

„Początkowo oceniałem szanse Andrzeja Dudy na zwycięstwo na 10 proc. – mówił w pierwszym powyborczym komentarzu Jarosław Kaczyński. – Później oceniałem je na więcej. W momencie zbliżania się pierwszej tury było to już ok. 30 proc., a później już ponad 50 proc., że powinien wygrać” . Do pierwszej tury głosowania sondażowym faworytem pozostawał Komorowski, ale jego przewaga w ostatnich badaniach przeprowadzonych tuż przed wyborami stopniała do poziomu kilku procent. Jednak żaden z czterech prowadzących je ośrodków socjologicznych nie przewidział, że już w pierwszej turze Duda uzyska lepszy wynik od Komorowskiego.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Czy HGW zatopi PO?

Dzisiejsza decyzja Hanny Gronkiewicz-Waltz o pozbyciu się dwóch zastępców, wydaje się konsekwencją paniki jaka zapanowała w kierownictwie Platformy Obywatelskiej po ujawnieniu wierzchołka warszawskiej afery reprywatyzacyjnej. Dla każdego, kto przyglądał się temu co działo się w Warszawie wokół reprywatyzacji nie od kilkunastu dni, ale od kilkunastu lat otwarta była odpowiedź na jedno pytanie: kiedy bagno wykreowane przed laty przez tow. Bolesława Bieruta zatopi taplających się w nim ludzi i ich politycznych promotorów? Teraz już wiadomo, że ładunek wybuchowy pod bagnem został zdetonowany u progu tegorocznego jesiennego sezonu politycznego.

Zaskakujący jednak może się wydawać ośrodek, który to uczynił, czyli redakcja „Gazety Wyborczej”, przez dekadę żyjąca ze środowiskiem PO w swoistej symbiozie, której istotę stanowiła wspólna walka z PiS. Teraz najwyraźniej na ul. Czerskiej uznano, że PO nie ma już szans na odzyskanie władzy i pora ją zastąpić jakimś nowym tworem (np. lansowanym gorliwie na jej łamach KOD-em) i postanowiono przyspieszyć jak dotąd zaskakująco powolną agonię PO, a przy okazji zastawić pułapkę na PiS. Na czym ta pułapka polega? Na powstaniu kuszącej z punktu widzenia PiS możliwości ustanowienia rządowego komisarza w Warszawie i pozbycia się znienawidzonej HGW. Jaka tu korzyść dla „GW”?   Ano taka, że będzie można przez dłuższy czas pisać o rzeczonym komisarzu, nie mającym demokratycznej legitymacji, za to pracowicie obsadzającym magistrat pisowcami typu pana Misiewicza. I domagać się wcześniejszych wyborów prezydenta Warszawy, co wbrew pozorom stanowić będzie dla PiS spory problem nie tylko z uwagi na brak popularnego kandydata.

PO znalazła się na równi pochyłej, ale informacje o jej zgonie należy uznać za przedwczesne. Przyszłość tej partii zależeć będzie od tego czy i kiedy Grzegorz Schetyna wcieli w życie stare ludowe porzekadło (baba z wozu… itd.), spacyfikuje ostatecznie wewnętrzną opozycję, a następnie spróbuje powtórzyć manewr Jarosława Kaczyńskiego z 2015 r., czyli wysunie na czoło PO nowe twarze, sam zaś dyskretnie usunie się w cień czekając na poprawę koniunktury. Jeśli jednak pozostawi HGW na pokładzie Platformy, to musi się liczyć z tym, że będzie ona nabierać wody wraz z każdym kolejnym trupem wypadającym z reprywatyzacyjnej szafy.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Po Brexicie

„Stało się coś bardzo złego, nie złego, ale bardzo złego”. Tak Jarosław Kaczyński skomentował w opublikowanym dziś w „Rzeczpospolitej” wywiadzie wynik brytyjskiego referendum. Sądzę, że to zdanie powinno dać zwolennikom PiS dużo do myślenia, skoro ich niekwestionowany lider nie przedstawia Brexitu jako ozdrowieńczego wstrząsu.

„Zawsze pamiętam jak mi mawiał ojciec: co cię nie zabije to cię wzmocni” – skomentował z kolei to samo wydarzenie Donald Tusk, siląc się na urzędowy optymizm. Zakładam, że Tusk bardziej myślał o swojej osobistej karierze, niż o Unii Europejskiej, która w swej dotychczasowej postaci weszła w miniony czwartek w fazę agonii. Być może potrwa ona jeszcze tylko kilka miesięcy, a być może kilka lat, ale lawina już ruszyła. I to z kolei powinno dać do myślenia tym zwolennikom antypisowskiej opozycji, którzy jeszcze wierzą, że Bruksela rozwiąże jakiekolwiek wewnątrzpolskie problemy z tym dotyczącym Trybunału Konstytucyjnego na czele.

Zgodnie z oczekiwaniami, Niemcy jako pierwsi pokazali swoją pobrexitową ofertę. Jest nią jeszcze ściślejsza integracja pod  przewodem Berlina sześciu państw-założycieli EWG, do którego (być może) ktoś jeszcze zostanie przyjęty. Z całą pewnością nie będzie to jednak Polska i nie ma sensu nad tym lamentować. Na naszych oczach Europa dwóch, a może nawet trzech prędkości, staje się faktem. Nie musi to oznaczać powrotu do stanu rzeczy znanego nam z okresu międzywojennego. Nie tylko dlatego, że historia z zasady się nie powtarza i wciąż jeszcze na szczęście istnieje NATO. Także i dlatego, że bilans gospodarczy minionego ćwierćwiecza jasno pokazał, ze wspólny rynek ma znacznie więcej korzyści niż wad.

Teraz przed Polską stanie konieczność wynegocjowania relacji z mającą powstać francusko-niemiecką federacją, od której nasza gospodarka jest bardzo głęboko uzależniona. Będzie to proces bolesny i kosztowny, ale niepodległość zawsze kosztuje, a przy naszym położeniu geopolitycznym kosztuje podwójnie. O spokojnym przejadaniu unijnych dotacji przez kolejną dekadę możemy już zapomnieć, podobnie jak o narzekaniu na brukselską biurokrację. Już wkrótce zobaczymy jak wygląda polityka europejska bez tworzonej przez dekady fasady politycznej poprawności. Nie będzie to niestety przyjemny widok. I dlatego prezes Kaczyński ma rację: stało się coś bardzo złego.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Brexit jest zły dla Polski

Za niespełna miesiąc, 23 czerwca, miliony obywateli Wielkiej Brytanii rozstrzygną czy ich kraj pozostanie członkiem Unii Europejskiej. Jest to w moim przekonaniu najważniejsze wydarzenie w całej dotychczasowej historii UE. Wydarzenie, które – jeśli dojdzie do Brexitu – może uruchomić reakcję łańcuchową na końcu której nastąpi rozpad (otwarty lub zakamuflowany) organizmu, który mimo licznych wad, dobrze służy zarówno Polsce, jak i całej Europie. UE potrzebuje zmian, ale ci, którzy wierzą, że Brexit będzie uzdrawiającym wstrząsem zdają się nie dostrzegać olbrzymiego ryzyka związanego precedensem jaki stworzy to wydarzenie.

W interesie geopolitycznym Polski leży aby Wielka Brytania pozostała w UE. Nie tylko dlatego, że odejście Anglików zmniejszy unijny budżet, którego jesteśmy głównym beneficjentem. Jeszcze ważniejsze jest to, że brytyjska wizja UE – zakładająca m.in. redukcję brukselskiej  biurokracji oraz zwiększenie roli parlamentów krajowych –  jest realistyczna i stanowi dobrą alternatywę dla utopijnej wizji Stanów Zjednoczonych Europy. Jeśli Wielka Brytania pozostanie w Unii pozostanie naturalnym liderem dla tych państw, które są sceptyczne wobec pogłębiania integracji za wszelką cenę, co od lat forsują dominujący w Unii Niemcy i Francuzi. Bez Anglików ta dominacja jeszcze się zwiększy.

Nie wolno też zapominać, że po Brexicie pogorszeniu ulegnie położenie setek tysięcy Polaków przebywających tam w celach zarobkowych.

Badania opinii publicznej przeprowadzane w Wielkiej Brytanii wskazują, że wynik referendum zostanie przesądzony niewielką liczbą głosów. Prawdopodobnie o Brexicie, a tym samym o przyszłości całej UE, przesądzą głosy kilkuset, a może nawet kilkudziesięciu tysięcy obywateli.  Tymczasem w Wielkiej Brytanii jest znacznie więcej obywateli, którzy są Polakami lub przynajmniej mają polskie korzenie.  To dzieci i wnuki Polaków z wojennej emigracji, a także uciekinierzy z PRL-u oraz ludzie, którzy osiedlili się tam już po upadku rządów komunistycznych w Polsce. Ich głosy mogą przeważyć! Dlatego dziwi mnie, dlaczego prezydent Andrzej Duda, premier Beata Szydło czy prezes Jarosław Kaczyński nie apelują do nich o to, by głosowali przeciwko Brexitowi. Jeszcze bardziej dziwi mnie, dlaczego głosu w tej sprawie nie zabierają pokładający tak wielkie nadzieje we władzach UE przywódcy opozycji: Grzegorz Schetyna, Mateusz Kijowski, Ryszard Petru czy Władysław Kosiniak-Kamysz.

Czy naprawdę po obu stronach dzielącej Polskę barykady nie widać tego, że geopolityczna przyszłość naszego kraju zależy w znacznie większym stopniu od brytyjskiego referendum niż od sporu o Trybunał Konstytucyjny?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

90. rocznica zamachu majowego

Kiedy 12 maja 1926 r., na warszawskim moście Poniatowskiego, doszło do słynnego spotkania między Józefem Piłsudskim i prezydentem Stanisławem Wojciechowskim, młoda polska demokracja miała jeszcze cień szansy na przetrwanie. Gdy okazało się, że Wojciechowski – stary druh Piłsudskiego z czasów walki z caratem w szeregach PPS – nie ugnie się przed zbuntowanym marszałkiem, a stojący na moście żołnierze są wierniejsi przysiędze niż urokowi Komendanta, ten wpadł w depresję i przez kilka następnych godzin oddawał się wspominaniu czasów legionowych w koszarach na Pradze. Gdyby wówczas wrócił do Sulejówka, uznając, że demonstracja, którą przeprowadził wystarczy do obalenia powstałego kilka dni wcześniej rządu Wincentego Witosa, demokracja mogłaby ocaleć. Kilka miesięcy wcześniej, w listopadzie 1925 r., tak się właśnie zachował, odprawiając w Sulejówku z kwitkiem kilkuset przybyłych tam oficerów, którzy – ustami gen. Gustawa Orlicz-Dreszera – ofiarowali mu swe „pewne, w zwycięstwach zaprawione szable”. Jednak w maju 1926 r. Piłsudski najwyraźniej obawiał się, że namawiający go od dawna do położenia kresu sejmokracji oficerowie, stracą w końcu wiarę w zdecydowanie swojego Komendanta.

            W czasie, gdy w praskich koszarach Piłsudski pogrążył się w rozmyślaniach, dowództwo nad zbuntowanymi oddziałami przejął gen. Dreszer, który wykorzystując ich dwukrotną przewagę liczebną na siłami rządowymi (12 do 6 tys. żołnierzy) nakazał atak. W Warszawie rozpoczęły się trwające dwa dni bratobójcze walki, w trakcie których zginęło 379 ludzi, z czego prawie połowę stanowili cywile. Piłsudski, który w przeciwieństwie do Dreszera był politykiem, miał się nad czym zastanawiać. Kiedy bowiem prezydent odmówił uznania wojskowej demonstracji Piłsudskiego i zażądał „dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej”, stało się jasne, że marszałek musi się cofnąć lub podążyć drogą walki zbrojnej z legalnymi władzami RP, której finał był 12 maja niemożliwy do przewidzenia. Walki skończyły się po dwóch dniach, ale tylko dlatego, że u prezydenta Wojciechowskiego i premiera Witosa zwyciężyło poczucie odpowiedzialności za Polskę, której dwa dni wcześniej zabrakło Piłsudskiemu. Po stronie tego ostatniego opowiedziała się większość armii, ale gdyby prezydent oraz ministrowie posłuchali rady dowodzących oddziałami rządowymi generałów, z Tadeuszem Rozwadowskim na czele, i przenieśli się do Poznania, gdzie stacjonowały pułki niechętne Piłsudskiemu, wówczas zrealizowałby się scenariusz długotrwałej wojny domowej. Wojny, której konsekwencją mógł być rozpad państwa, z trudem zlepionego przed zaledwie kilku laty z trzech bardzo różnych obszarów.

            Polska miała szczęście, że na czele władz II RP, którym Piłsudski rzucił wyzwanie, stał właśnie Wojciechowski. Człowiek umiarkowany, a zarazem dobrze rozumiejący, czym grozi przedłużanie walk między żołnierzami tej samej armii. „Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety” – miał powiedzieć rezygnując z urzędu prezydenta. Jego dymisja zapoczątkowała trwający przez cztery następne lata proces stopniowej likwidacji demokracji i ograniczania swobód obywatelskich, którego symbolicznym podsumowaniem stało się uwięzienie w 1930 r., w twierdzy brzeskiej, przywódców antysanacyjnej opozycji z Witosem na czele. Dyktatura sanacyjna – nawet w swej rozwiniętej postaci, symbolizowanej przez utworzony w 1934 r. dla przeciwników politycznych obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej – należała do najłagodniejszych reżimów w ówczesnej, w większości autorytarnej bądź totalitarnej Europie. Czy jednak rządy Piłsudskiego zapewniły Polsce osiągnięcia, dla których warto było poświęcić w maju 1926 r. życie kilkuset ludzi i zaryzykować możliwość rozpadu państwa?

            Często podnoszony jest argument, że zagrożenie Polski przez dwóch potężnych i agresywnych sąsiadów wymagało ustanowienia autorytarnego systemu władzy. Tyle tylko, że nasz kraj nie miał szans na przeciwstawienie się równoczesnej agresji Niemiec i ZSRR bez względu na panujący w nim system rządów. Pokazał to w sposób bezlitosny wrzesień 1939 r. Jednak anachroniczne poglądy Piłsudskiego na tematy militarne, z którymi nikt w wojsku nie śmiał po przewrocie majowym polemizować, zaowocowały słabym wyposażeniem naszej armii w czołgi i samoloty. Mając ich więcej, równoczesnej wojny z III Rzeszą i ZSRR też oczywiście nie wygralibyśmy, ale istniała szansa zadania wrogom znacznie dotkliwszych strat.

            Przejmując władzę, Piłsudski i jego ludzie poddali niezwykle ostrej, ale na ogół trafnej krytyce niewydolny system rządów oparty na konstytucji marcowej. Jednak ich zapowiedzi sanacji życia publicznego, ograniczyły się do kilku procesów głośnych aferzystów, których miejsce na salonach władzy szybko zajęli inni, złośliwie nazywani czwartą brygadą. Finansowanie przez  ministra skarbu Gabriela Czechowicza kampanii wyborczej piłsudczykowskiego BBWR z budżetu państwa, czy też brutalne pobicia krytyków marszałka (o tajemniczym zniknięciu jego osobistego wroga gen. Włodzimierza Zagórskiego już nie wspominając), trudno uznać za przejaw odrodzenia moralnego. Porażką okazał się nawet sposób, w jaki doprowadzono do uchwalenia konstytucji kwietniowej, skądinąd bardziej udanej niż jej poprzedniczka. Przyznał to zresztą sam Piłsudski, nakazując przetrzymywanie przez rok w Senacie projektu konstytucji, uchwalonego w Sejmie w styczniu 1934 r. przy pomocy naruszającego prawo fortelu.

            Dyktatura Piłsudskiego nie rozwiązała żadnego z wielkich problemów II RP. Wprawdzie w przypadku polityki wobec mniejszości narodowych, strategia obozu sanacyjnego była dla Rzeczpospolitej korzystniejsza od asymilacyjnych pomysłów endecji, ale sanatorom nie udało się przekonać do Polski większości Ukraińców, ani też powstrzymać narastającej w latach 30. fali antysemityzmu. Mimo kontynuowania zapoczątkowanej przed przewrotem majowym reformy rolnej, jej tempo wyraźnie spadło i nie doprowadziła ona do znaczącego zaspokojenia chłopskiego głodu ziemi. Piłsudski, zapytany o ten problem, odpowiadał lekceważąco: „Ach, nasz chłop cierpliwy (…) reforma rolna to rzecz nieważna, to rzecz bez znaczenia, może długo czekać”. Co gorsza polityka gospodarcza piłsudczyków stawała się coraz bardziej etatystyczna, a zbudowany ogromnym wysiłkiem budżetu państwa Centralny Okręg Przemysłowy nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

            Nie ma naturalnie żadnych gwarancji, że którykolwiek z problemów udałoby się rozwiązać, gdyby w II RP demokracja przetrwała do końca jej dni. Nie da się jednak również udowodnić tezy przeciwnej, że oparty na konstytucji marcowej system polityczny był skazany na nieuchronną degenerację, a Polska na sejmową anarchię. W okresie poprzedzającym przewrót majowy, coraz więcej polityków zdawało sobie sprawę, że zmiany wymaga system wyborczy oparty na zasadzie bezprogowej proporcjonalności, który prowadził do atomizacji parlamentu. W kwietniu 1926 r. kilka ugrupowań centroprawicy, które utworzyły następnie rząd Witosa, zgłosiło projekt zmiany konstytucji, przyznający prezydentowi prawo samodzielnego rozwiązywania parlamentu. Był to wyraźny krok w kierunku wzmocnienia władzy wykonawczej, jednak przy zachowaniu systemu parlamentarno-gabinetowego.

            Obrońcy przewrotu majowego często sugerują, że zapobiegł on zamachowi stanu ze strony endecji. W obozie narodowym, zapatrzonym w przykład Benito Mussoliniego, rzeczywiście narastały dążenia do ustanowienia katolickiego państwa narodu polskiego drogą dyktatury, czemu służyć miał paramilitarny Obóz Wielkiej Polski, utworzony wszakże w grudniu 1926 r., a zatem w pół roku po przejęciu władzy przez Piłsudskiego. Gdyby to jednak nie nastąpiło, to zwolennicy tezy o nieuchronności puczu nacjonalistów powinni się zastanowić, czy liczący w szczytowym momencie swego rozwoju 25 tys. członków OWP, rzeczywiście był w stanie zrobić coś wbrew woli liczącego ponad dziesięć razy więcej żołnierzy Wojska Polskiego. W tym ostatnim zaś – co w jaskrawy sposób pokazały dni przewrotu majowego – zwolennicy Piłsudskiego zdecydowanie przeważali nad stronnikami Romana Dmowskiego.

Marszałek Piłsudski jest dziś w Polsce patronem szkół, jego imieniem nazywane są ulice, ma też pokaźną liczbę pomników. Należą mu się za to wszystko, co zrobił dla odzyskania przez nasz kraj niepodległości oraz jej obronę podczas wojny polsko-bolszewickiej. To były jego zwycięstwa. Przewrót majowy i to, co po nim nastąpiło, stanowiło jednak w większym stopniu porażkę niż sukces – zarówno samego Piłsudskiego, jak i Polski.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

IPN dla polityków czy historyków?

W polityce szczerość jest niezwykle rzadką cechą. Tym bardziej należy docenić otwartość, z jaką poseł PiS Arkadiusz Mularczyk wyjawił dziś w Sejmie oraz wwywiadzie dla portalu wpolityce.pl cel przygotowanej przez niego nowelizacji ustawy o IPN mówiąc: „IPN nie jest wyspą na morzu. IPN jest instytucją publiczną, która powinna spełniać określone zadania. Prowadzić określoną politykę państwa i historyczną. To nie jest korporacja historyków”. Dlatego też ta ostatnia nie będzie już miała żadnego wpływu na wybór władz Instytutu, które tworzyć będą teraz – wedle projektu przedstawionego przez Pana Posła – Prezes wybierany z spośród kandydatów zgłoszonych przez 115 posłów (A dlaczego nie np. 230? Byłoby jeszcze prościej) oraz Kolegium, do którego wejść będzie można nawet bez przysłowiowej matury. Aż dziw bierze, że od kandydata na Prezesa IPN Pan Poseł domaga się posiadania co najmniej doktoratu. Przecież posiadacz takiego stopnia naukowego może przynależeć do tej straszliwej korporacji, od której Pan Poseł chce IPN uwolnić. I nie wątpię, że w ramach dobrej zmiany tego dokona, skoro z trybuny sejmowej już zapowiedział, że w nowym Kolegium powinni się znaleźć Krzysztof Wyszkowski i Andrzej Gwiazda, których dokonania na polu historiografii (nie mylić z Historią) są bliżej nieznane.

Istotnie IPN nie jest „wyspą na morzu” i skoro PiS tak pracowicie odzyskuje kolejne instytucje publiczne, to dlaczego akurat dla Instytutu miałby zrobić wyjątek? Nie wiedzieć jednak czemu Pan Poseł utrzymuje, że tak udoskonalony IPN „nie będzie podporządkowany politykom”. Skoro nie oni, to kto niby będzie wyznaczał IPN „określone zadania” i „prowadził określoną politykę państwa i historyczną”? Kompletnie nie rozumiem dlaczego Pan Poseł traktuje swoich słuchaczy i czytelników jak idiotów, usiłując im wmówić, że odbiera IPN historykom by oddać go we władanie… No właśnie komu? Przecież nie krasnoludkom.

Pan Poseł Mularczyk odbiera IPN nie byle jakim historykom, ale historykom skorumpowanym przez Prezesa Łukasza Kamińskiego. Trudno bowiem inaczej odczytać zawartą w jego wywiadzie następującą insynuację: „Wiemy, że zawierane są umowy pomiędzy prezesem Kamińskim, a członkami Rady i uważamy, że to jest sytuacja niewłaściwa. Jeśli członkowie Rady czerpią jeszcze dodatkowe profity ze swojej działalności w Radzie – może rodzić się zarzut o konflikt interesów”. Mam nadzieję, że już wkrótce Prezes IPN ujawni te oszałamiające kwoty jakie niektórzy członkowie Rady otrzymali za sporządzanie recenzji wydawniczych książek i wtedy wszyscy będą je mogli porównać z uposażeniem jakie Pan Poseł pobiera co miesiąc za swoją niezłomną działalność na rzecz pozbawienia złowrogiej korporacji historyków wpływu na IPN.

Pan Poseł Mularczyk w jednym ma rację. Rzeczywiście w latach 2011-2015 historycy uzyskali na IPN większy wpływ niż kiedykolwiek wcześniej. I obawiam się, że to się już nie powtórzy. Politycy nie popełnią drugi raz tego samego błędu.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Rewolucja w IPN

Zgłoszony przez posłów PiS projekt nowelizacji ustawy o IPN zakłada najgłębsze zmiany w dotychczasowej historii tej instytucji. Powstać mają dwa całkowicie nowe piony organizacyjne: Ochrony Miejsc Pamięci Narodowej oraz Poszukiwań i Identyfikacji. Ten pierwszy ma zastąpić likwidowaną Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, natomiast drugi rozwinąć działalność prowadzoną już w IPN przez Samodzielny Wydział Poszukiwań prof. Krzysztofa Szwagrzyka. Za sprawą tych zmian, którym towarzyszy rozszerzenie zakresu działalności naukowej i edukacyjnej Instytutu na całość dziejów Polski porozbiorowej, IPN stanie się olbrzymim urzędem odpowiedzialnym za większość aspektów polityki historycznej państwa polskiego.

Skuteczne przeprowadzenie olbrzymiej reorganizacji, a następnie kierowanie instytucją o tak zróżnicowanych zadaniach (nadal także śledczych i lustracyjnych), wymagać będzie od przyszłego prezesa IPN niebagatelnych talentów organizacyjnych oraz szerokiej wizji działania całej instytucji. Dlatego za zaskakujący należy uznać fakt, że przedstawiony projekt nowelizacji przewiduje likwidację publicznego konkursu na to stanowisko. Trudno zaś sobie wyobrazić lepsze forum dla prezentacji pomysłów na IPN-bis niż przesłuchanie kandydatów na to stanowisko przez Kolegium IPN, które ma zastąpić dotychczasową Radę. Rzeczywisty powód, dla którego politycy PiS zamierzają zlikwidować Radę, w której mam zaszczyt zasiadać, pozostawiam domyślności czytelników, ograniczając się  do stwierdzenia, że autorzy uzasadnienia projektu nowelizacji mogli się nieco bardziej w tej sprawie  wysilić. Oficjalny powód ogranicza się bowiem do zaledwie jednego zdania brzmiącego następująco: „Zadania Rady powodowały silne powiązanie Prezesa Instytutu i jego działań z Radą Instytutu”.

Pamiętam jednak doskonale, jak w 2010 r. koalicja PO-PSL dokonała nowelizacji ustawy o IPN i skróciła kadencję poprzedniego Kolegium by zastąpić go w rok później Radą. Dlatego nie zamierzam  rozdzierać szat nad likwidacją Rady, choć trudno też nie zauważyć, że włączenie do jej wyboru akademickiego środowiska historycznego było wyjątkiem od dominującej w Polsce zasady totalnego upartyjnienia wszystkich instytucji publicznych. Symbolem tego upartyjnienia stanie się teraz prezes IPN, nie tylko wybierany bez konkursu, ale i pozbawiony jakiegokolwiek wpływu na tak istotną część Instytutu jaką jest Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu. Jak ważna jest to część pokazały dobitnie ostatnie wydarzenia związane z archiwami Kiszczaka i Jaruzelskiego. Proponowana nowelizacja nie zakłada bowiem wprowadzenia żadnych realnych zmian w funkcjonowaniu pionu śledczego, podlegającego wyłącznie prokuratorowi generalnemu.  Wygląda zatem na to, że w IPN – po wejściu wspomnianej nowelizacji w życie – nie zmieni się trwająca od lat patologiczna sytuacja, w ramach której prezes Instytutu ma tylko obowiązek wypłacać prokuratorom pensje, a o wszystkim innym decyduje prokurator generalny. Bez przyznania prezesowi Instytutu prawa wnioskowania o przenoszenie zbędnych prokuratorów Komisji do prokuratury powszechnej – posiadanego zresztą  w l. 2007-2010 – nie ma najmniejszych szans na sanację tej najsłabiej działającej części IPN. Nie będzie jej też jeśli prezes nie odzyska prawa do opiniowania kandydata na szefa pionu śledczego, którego został ostatnio pozbawiony w ramach nowelizacji ustawy o prokuratorze. Wprowadziła ona – likwidując ostatni realny związek między prezesem IPN i pionem śledczym – stan faktycznej separacji między Komisją Ścigania na resztą Instytutu.

Inicjatorom nowelizacji nie podoba się rzekomy nadmierny wpływ Rady na prezesa IPN, czego jedynym praktycznym przejawem było udzielanie mu – raz do roku, w tajnym głosowaniu – absolutorium. Pozbawienie tego uprawnienia przyszłego Kolegium byłoby w tym kontekście krokiem logicznym i istotnie wzmacniającym prezesa, gdyby nie propozycja zastąpienia go innym, znacznie dalej idącym. Kolegium ma bowiem otrzymać prawo  „wyrażania opinii o przedstawionych przez Prezesa Instytutu kandydatach na funkcje kierownicze w Instytucie, wymienione w statucie Instytutu”. W praktyce chodzi o ponad setkę stanowisk i trudno sobie wyobrazić jak na relacje między prezesem a Kolegium będzie wpływała sytuacja, gdy to ostatnie zacznie wyrażać negatywną opinię o różnych kadrowych pomysłach prezesa.

Projekt zakłada szybką likwidację tzw. zbioru zastrzeżonego IPN i – wiedząc co było i jest obecnie z niego wyciągane (ostatnio np. teczka Jerzego Zelnika) – można temu tylko przyklasnąć. Szkoda jednak, że nowelizacja nie zakłada uproszczenia trybu udostępniania już odtajnionych materiałów, czyli ponad 99,5 proc. całego zasobu archiwalnego IPN. A wystarczy w tym celu usunąć z ustawy tylko kilka artykułów, zmuszających archiwistów do biurokratycznej mitręgi, niespotykanej w innych archiwach. Nowemu prezesowi i jego ludziom pomogłoby także odejście od absurdalnego podporządkowania organizacji terenowych struktur IPN zasięgowi apelacji sądowych, w konsekwencji której np. Mińsk Mazowiecki podlega oddziałowi lubelskiemu, a nie warszawskiemu. Niestety także i tego rozwiązania zabrakło w przedstawionym projekcie. Wypada jednak mieć nadzieję, że te i kilka innych szczegółowych kwestii, uda się dodać do ustawy w trakcie prac w parlamencie. Oczywiście pod warunkiem, że będą one prowadzone w normalnym dla porządnej legislacji trybie. Wspominam o tym, bo projekt zakłada też skrócenie kończącej się już w czerwcu kadencji dr Łukasza Kamińskiego, co zdaje się wskazywać, że niektórym politykom PiS bardziej zależy na jak najszybszym „odzyskaniu” IPN, niż na jego naprawie.  Mam nadzieję, że tym razem będą w mniejszości, bo od tego co się obecnie wydarzy, zależeć też będą losy IPN po 2019 r.

Artykuł ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 15 marca 2016 r.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Semantyczne bagno

Z prof. Antonim Dudkiem, politologiem i historykiem z UKSW, rozmawia Agaton Koziński

 

Jarosław Kaczyński użył metafory dzielącej Polaków na tych, którzy współpracowali z gestapo i z AK. Ma to jakieś osadzenie w historii?

Rozumiem, że prezes Kaczyński chciał po prostu odróżnić osoby związane z AK od tych, które współpracowały z gestapo, ale i tak tego typu zestawienia średnio mi się podobają. Nawet aluzje tego typu są bardzo niesympatyczne. Choć nie zmienia to faktu, że w przeszłości mieliśmy różne postaci: twórców konstytucji 3 maja i targowiczan, powstańców styczniowych i Wielopolskiego, a w czasie II wojny szmalcowników i tych, którzy ratowali Żydów. Nie ma  co udawać, że w Polsce nigdy nie było pewnej grupy osób zachowujących się podle. Ale nie akceptuję klucza, na podstawie którego Kaczyński przypisuje swoim zwolennikom chwałę, a swoim przeciwnikom – zdradę.

Akurat rolą polityka jest dzielić i umacniać przekonania własnych zwolenników. Pytanie tylko, czy operowanie takim językiem jest akceptowalne.

Właśnie ten brak proporcji w odniesieniach historycznych mnie najbardziej uderza. Nie tylko u prezesa PiS. Przecież były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień opowiada, że obecna sytuacja przypomina mu rok 1933 i dojście Hitlera do władzy. To jakiś horrendalny nonsens, który kompromituje tego człowieka, a pośrednio uderza w wizerunek instytucji którą kierował.

Andrzej Duda został z kolei porównany do Wojciecha Jaruzelskiego. Demonstracja pod domem Jarosława Kaczyńskiego w rocznicę stanu wojennego też była formą porównania go z tym dyktatorem. Te przerysowania już procentują w opiniach zagranicą, na przykład Martin Schulz mówi o zamachu stanu w Polsce.

A do polityki wróciły znów oporniki jako symbol oporu wobec obecnej władzy – i wielu ludzi to akceptuje jakby nie zauważali, że kontekst się radykalnie zmienił. Rozumiem, że politycy lubią się odwoływać do różnych konwencji historycznych, ale po przekroczeniu pewnej granicy zamienia się to w groteskę. Dziś obie strony konfliktu politycznego brną w coraz głębiej w semantyczne bagno. I obawiam się, że to dopiero początek.

Początek? Już jesteśmy przy Hitlerze i gestapo. Czym można to przebić? Mocniejszy wydźwięk miałyby chyba tylko jakieś antysemickie wycieczki – ale one są w Polsce obłożone bardzo silnym tabu.

Zapomina pan jeszcze o całej palecie słów powszechnie uważanych za obraźliwe.

Pamiętam o nich – ale to są zwroty nieparlamentarne, dosłownie i w przenośni.

Podejrzewam, że już niedługo w parlamencie je usłyszymy. I oby tylko na tym się skończyło. Póki co w Polsce do starć ulicznych nie dochodzi, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby w przyszłym roku doszło do nich przy okazji kolejnych demonstracji – bo ich pewnie będzie wiele. Widać bowiem wyraźnie, że wpadliśmy w samonakręcającą się spiralę i nie za bardzo wiem, jak można by to zatrzymać.

Jeśli dobrze rozumiem, spodziewa się Pan niedługo w Sejmie ukraińskich standardów, czyli bójek między posłami.

To będzie kolejna faza, jeśli wcześniej dojdzie do starć na ulicach. Być może dojdziemy też do fazy trzeciej, czyli bójek w studiach telewizyjnych. Tak się dzieje, gdy kończą się słowa – wtedy pozostaje tylko argument pięści. Oczywiście, proszę nie traktować mnie jako podżegacza, nie chciałbym, aby sytuacja potoczyła się w tym kierunku. Nie można jednak tego wykluczyć.

Nakręca się spirala między dwoma obozami. Nie pierwszy raz zresztą. Czy Polska jest skazana na ciągłą rywalizację między dwoma obozami? Zawsze będą – symbolicznie rozumiane – trumny Piłsudskiego i Dmowskiego dzielące Polaków?

Polacy zawsze byli silnie podzieleni. Pierwszym historycznym przykładem takiej polaryzacji jest chyba konflikt biskupa Stanisława z królem Bolesławem Śmiałym, który przyniósł śmierć pierwszego i wygnanie z kraju drugiego. Mało jest materiałów źródłowych z tamtej epoki, nie wiemy, jakie były reakcje, ale jestem przekonany, że ten konflikt musiał silnie rezonować wśród Polaków i mocno ich polaryzować. Choć, oczywiście, proszę nie uznać, że próbuję szukać jakiś mostów między tamtym podziałem, a obecnym.

To gdzie szukać źródła obecnego podziału?

W końcu XIX w., kiedy zaczęły się rodzić współczesne ruchy polityczne. W pierwszej fazie wybuchł konflikt między ruchem narodowym i socjalistami – później ten drugi obóz został zastąpiony przez ruch Piłsudskiego, gdy ten z tramwaju o nazwie „socjalizm” wysiadł na przystanku o nazwie „niepodległość”. Ale generalnie cały okres międzywojenny został zdominowany przez podział między dwoma głównymi obozami: piłsudczykowskim i endeckim. Między tymi dwoma „trumnami” było też miejsce dla innych, zapełniali je choćby ludowcy, ale jednak gdy dziś patrzymy na te czasy, to widzimy głównie te dwa największe obozy.

Obecny konflikt jest totalny, masowy – sympatycy obu obozów zaangażowani w śledzenie sporu liczą się pewnie w setkach tysięcy,  jeśli nie w milionach. Przed wojną też tak było? Też tyle osób identyfikowało się z jedną z grup?

Rzeczywiście, dziś obie strony zmobilizowały po swojej stronie spore grupy – i pewnie one będą się szybko powiększać w miarę jak będzie przybywać ulicznych demonstracji. Zakładam, że licytacja na wielkość manifestacji, umiejętność mobilizowania własnego elektoratu czeka nas już w przyszłym roku.

I to pokaże wysoką skalę umasowienia tego konfliktu. Podobnie było w okresie międzywojennym, czy większości to po prostu nie interesowało?

Trudno to zmierzyć, ale jeśli spojrzymy na frekwencję wyborczą, to do 1935 r. – od tego roku trudno w ogóle mówić o demokratycznych wyborach – regularnie przekraczała ona znacząco 50 proc. (w 1928 r. było to 78 proc.) Dziś o taki wynik trudniej, mimo że wtedy analfabetyzm był mocno rozpowszechniony, a obecnie właściwie go nie ma. W XXI w. na wybory chodzi regularnie ok. połowy Polaków. To nie znaczy, że inni nie mają zdania na temat polityki. Mają – ale ono jest tak straszne, że  nawet nie widzą sensu w tym, by na wybory pójść.

Ale za każdym razem do wyborów nie idą inne osoby.

To normalne, w końcu zmienia nam się geografia polityczna. Do 2005 r. najważniejszy w polityce był podział postkomunistyczny, a więc podział na obóz władzy z lat PRL i obóz dawnej Solidarności. Gdy SLD ostatecznie straciło władzę, zaczęły się czasy dominacji podziału postsolidarnościowego, którego efekty widzimy dziś. Ten obóz podzielił się na część liberalną i część konserwatywną. To naturalny podział, podobnie wygląda w wielu innych krajach.

Jest też inna próba opisania tego podziału – na Polskę fajną, wesołą, optymistyczną i na smutną, depresyjną, ciągle narzekającą. Wypisz-wymaluj mamy odtworzenie sporu między krakowską i warszawską szkołą historyczną z drugiej połowy XIX w.

Źródłem tamtego sporu była diagnoza przyczyn upadku I Rzeczpospolitej. Poniekąd jego echo do nas ciągle wraca. Zwolennicy PiS chętnie wchodzą w buty tych, którzy twierdzą, że Rzeczpospolita upadła przede wszystkim w wyniku knowań agresywnych sąsiadów, w związku z  tym dziś musimy być wobec nich twardzi. Tymczasem obóz liberalny mówi coś dokładnie odwrotnego. W XIX w. ich poprzednicy z tzw. szkoły krakowskiej (wtedy zresztą utożsamianej z konserwatyzmem) twierdzili, że nie agresja sąsiadów, tylko słabości wewnętrzne przesądziły o upadku I RP – w związku z tym należy się koncentrować na modernizacji kraju i utrzymywaniu jak najlepszych stosunków z sąsiadami. Widać więc wyraźnie, że tak zdefiniowany jakieś 150 lat temu podział jest ciągle żywy. Choć przyglądając się mu bliżej nie da się powiedzieć, że można go w prosty sposób przenieść do polskiej współczesności, on jednak był bardzo wyraźnie osadzony w konkretnym kontekście drugiej połowy XIX w.

Specyfika ówczesnego sporu polegała na tym, że był konfliktem bardziej intelektualnym niż politycznym. Czy pod tym względem można go porównać do współczesnego starcia dwóch wizji Polski?

Na pewno pod dzisiejszym sporem politycznym kryje się starcie dwóch wizji Polski. Ten konflikt wykrystalizował się tuż po 1989 r. i obowiązuje do dziś. Jedną wizję – liberalną – sformułował Adam Michnik i dla niej największym zagrożeniem są ksenofobia, nacjonalizm, antysemityzm i klerykalizm. Z kolei wizja Polski konserwatywno-ludowej, którą jeszcze na łamach „Tygodnika Solidarność” definiował wtedy Jarosław Kaczyński, za główne problemy Polski uznawała nierozliczone rządy komunistów i ich aktualne wpływy, brak nowoczesnego systemu partyjnego i zbyt słabe akcentowanie chrześcijańskiego dziedzictwa w życiu publicznym. Tak naprawdę spór o miejsce Kościoła  w  życiu Polski jest fundamentem tej politycznej zimnej wojny, która trwa niemal 25 lat. Choć rozgrywał się on na wielu innych polach, choćby konstytucji. Obecna ustawa zasadnicza to w całości dzieło obozu liberalnego. Nie było mowy o żadnym kompromisie w tej sprawie, gdyż w Sejmie II kadencji, który ją uchwalił, prawica była właściwie nieobecna. Już wtedy jej przedstawiciele głośno protestowali i kontestują tę konstytucję do dziś. To jedna z głównych praprzyczyn obecnego konfliktu, a spór o Trybunał Konstytucyjny to tylko wierzchołek góry lodowej. Konstytucja nie została bowiem przyjęta jako kompromis między głównymi siłami, tylko w sytuacji, gdy jedna strona sporu nie miała prawa głosu – z własnej winy zresztą.

Stąd według Pana bierze się napęd PiS do tego, by zmienić konstytucję?

Licząc z Ruchem Kukiz ’15 tak wiele do większości  konstytucyjnej tej partii nie brakuje – raptem ok. 30 głosów w Sejmie. PiS pomysły w tym kierunku ma. Po lekturze wycofanego projektu z 2010 r. jestem zdania, że przyjęta przez tę partię konstytucja nie byłaby niedemokratyczna, ale istotnie ogranicza katalog instytucji i wolności liberalnych, które są mocno rozbudowane w obecnej konstytucji. To jest właśnie istota obecnego sporu.

Ile liberalizmu w demokracji?

Właśnie. Bo w sporze o Trybunał Konstytucyjny chodzi o to jak daleko sięgać powinny ograniczenia władzy ustawodawczej i wykonawczej mających demokratyczną legitymację. W demokracji liberalnej są one bardzo duże i często ocierając się o paraliżowanie rządu w imię obrony praw jednostki. Ale istnieją inne modele demokracji, także i takie, w których – jak w Wielkiej Brytanii – w ogóle nie ma sądu konstytucyjnego. To przecież jest demokracja, tylko inaczej skonstruowana, skądinąd o nieporównanie wyższym poziomie kultury politycznej ukształtowanym przez stulecia w który Polacy nie mieli własnego państwa. Istotą demokracji są wolne wybory, które dają obywatelom autentyczną możliwość wskazania, przez kogo chcą być rządzeni. Reszta to już nadbudowa. Różne  instytucje mogą poprawiać jakość funkcjonowania demokracji, mogą też przeszkadzać. Na pewno ich istnienie nie przesądza o tym, czy dane państwo jest demokratyczne, czy nie.

Rozumiem,  że  nie przeszkadza Panu szturm, jaki Sejm przypuścił na  Trybunał.

Nie – w  tym sensie, że nie zagraża on demokracji jako takiej. Choć rzeczywiście jest to sposób podmywania jednego z fundamentów demokracji liberalnej, którą de facto wpisano do konstytucji przyjętej w 1997 r. To co mi się nie podoba, to styl w jakim zostało to przeprowadzone.

Wyczerpanie się modelu demokracji liberalnej widać w całej Europie Zachodniej. Stąd na Zachodzie rośnie popularność partii, które w ten czy inny sposób chcą go zmienić.

Coraz więcej osób widzi, że obecna formuła Unii Europejskiej, oparta na współpracy rządów zbudowanych według reguł demokracji  liberalnej, zabrnęła w ślepą uliczkę. Europa ciągle nie umie podnieść się z kryzysu ekonomicznego, który trwa od 2008 r., a dochodzą jej ciągle nowe problemy. Pytanie, jak długo stan ciągłego kryzysu Unia jest w stanie wytrzymać.

To pytanie przede wszystkim trzeba postawić elitom politycznym w poszczególnych krajach – bo to one w dużej mierze nie umieją wskazać sposobu na przełamanie tego stanu kryzysu.

Nie mam zamiaru stanowczo potępiać demokracji liberalnej, gdyż ma ona wiele zalet, ale dziś zaszliśmy w niej za daleko. Ten model powstał, by powstrzymać zjawisko, które określa się „tyranią większości”. Ale dziś możemy mówić o „tyranii mniejszości”. Gdy  Kaczyński mówi,  że dziś Trybunał ma w Polsce zbyt szerokie uprawnienia, ma  dużo racji.  Sam byłem zdumiony, kiedy TK w 2007 r. zablokował ustawę lustracyjną, opierając swój wyrok głównie na artykule 2 konstytucji, który mówi, że Polska jest „demokratycznym państwem prawnym”. Takie sformułowanie stało się podstawą do wywodu dowodzącego, że ustawa lustracyjna jest niezgodna z konstytucją. Tyle, że ten artykuł może być dowodem na właściwie wszystko, a zwrot „demokratyczne państwo prawa” jest na tyle  pojemny, że można pod niego podciągnąć praktycznie każdą sprawę. Na jego podstawie można bez problemu dowodzić, że zgodne z konstytucją byłoby niczym nieograniczone prawo do aborcji, ale także jej całkowity zakaz. Na szczęście w sprawie ochrony życia jest jeszcze w konstytucji inny, bardziej jednoznaczny przepis. Jednak w wielu innych sprawach takich jak lustracja już tak nie jest i TK mógł używać artykułu 2 jak bardzo wygodnej maczugi.

Ale przy wszystkich zastrzeżeniach do konstytucji ona obowiązuje – a Andrzej Duda nie zaprzysięgając trzech sędziów, mimo wyroku TK, ją łamie.

Mimo wszystko nie sądzę, by obóz rządzący się teraz wycofał i zgodził na to, by któryś ze zgłoszonych przez PiS pięciu sędziów znalazł się poza składem orzekającym Trybunału. Natomiast reakcji prezydenta w tej sprawie bardzo jestem ciekawy. W ogóle jestem ciekawy, jak PiS będzie sobie radził, gdyż zapowiada radykalne zmiany, a tymczasem czteroletnia kadencja to okres zbyt krótki, żeby zdążyć je w tym czasie przeprowadzić. Na pewno jednak nie można mówić o zamachu stanu i snuć analogii np. z wydarzeniami z maja 1926 r. Obecnie mamy spór o trzech sędziów TK. Owszem, dotyczy to konstytucji, ale nie uważam tego za cios w fundamenty na których opiera się współczesna Polska – a czymś takim był przewrót majowy Piłsudskiego. Obecnie największym problemem jest to, że obie strony sporu zagalopowały się mocno w słowach i porównaniach, których używają. Przydałoby się więcej umiaru.

A jeszcze jedna kwestia. W tych wyborach i PiS, i Kukiz mocno grały hasłem dekomunizacji. Dlaczego jest ono tak  ciągle nośne? Rzeczywiście można ten proces dokończyć?

Nie sądzę, bo doświadczenie historyczne innych państw pokazuje, że bardzo trudno jest rozliczyć dyktatury. Przecież Niemcy też kilka razy próbowali przeprowadzić do końca denazyfikację, ale w sumie nigdy tego procesu nie  udało się doprowadzić do  końca.  Teraz pewnie będzie podobnie. Spodziewam się kilku symbolicznych gestów, z których najważniejszym będzie zmiana nazw niektórych ulic, wciąż mających patronów z czasów PRL oraz przenoszenie lub likwidacja pomników wdzięczności Armii Czerwonej oraz innych obelisków o podobnych charakterze.

PiS zdobył władzę po raz drugi sięgając po hasło dokończenia rewolucji antykomunistycznej. Pan przewiduje, że znów mu się nie uda. To hasło będzie dalej nośne?

Nie, to już ostatnie wcielenie tej retoryki. Te hasła się wypalą, podobnie zresztą jak liderzy, którzy ich używają. Czy Jarosław Kaczyński będzie w stanie grać pierwsze skrzypce w polskiej polityce przez kolejną  dekadę? Mam co do tego  spore wątpliwości. Jego ostatnie zachowania pokazują, że stopniowo może stać się problemem dla formacji, której przewodzi. Jeśli dalej będzie używał języka, którego próbkę w ostatnich dniach dał kilkukrotnie, to część wyborców PiS-u może się odwrócić od tej partii, nawet jeśli zrealizuje ona swoje obietnice socjalne.

 

Wywiad ukazał się w „Dzienniku Polska Times” z 19-20.12.2015 r.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy